Kukbuk
Kukbuk
Marta Sapała autorka książki "Na marne"

Trend zero waste jest dla uprzywilejowanych

Dodaj do 'Przeczytaj później'

Zbierając materiały do książki „Na marne”, Marta Sapała była pewna, że zobaczy szokujące obrazy w rodzaju tych, które lubią publikować media. Odkryła, że nie mówią one zbyt wiele o polskiej rzeczywistości. Dlaczego wyrzucamy i gdzie leży granica odpowiedzialności za ten problem?

Tekst: Kasia Stadejek

Zdjęcia: Maciek Niemojewski

Opublikowano: 1 Sierpnia 2019
Ten artykuł przeczytasz w mniej niż 13 minut!

Co najobrzydliwszego musiałaś zrobić, żeby napisać tę książkę?

Kiedy pisałam „Na marne”, dowiedziałam się bardzo dużo o sobie i swoich granicach. Okazało się, że niełatwo mnie złamać. Jeździłam na śmieciarce, zdarzyło mi się więc pobrudzić albo wejść w coś paskudnego. Bardziej niż nurkowania w kontenerze bałam się, że będę musiała konfrontować się ze strażnikiem, z policją. Początkowy wstyd szybko się ulotnił, choć na własnym osiedlu do śmietnika zajrzałam dość późno. Raz tylko źle się poczułam, gdy latem, po ośmiu godzinach pracy, odbieraliśmy odpadki od hotelu, który miał śmietnik w podziemiach. Duszno, gorąco, ogromny smród. Organizm odmówił posłuszeństwa. Praca przy opróżnianiu kontenerów jest ekstremalnie ciężka i bardzo odpowiedzialna, ci ludzie zajmują się naszymi odpadkami i pomagają nam się ich pozbyć, bez nich zatonęlibyśmy w śmieciach. Powinna cieszyć się dużo większym szacunkiem społecznym, o stosownym wynagrodzeniu nie wspominając. Są takie produkty, których nigdy nie wyjęłabym z kontenera, ale w przypadku warzyw i owoców czułam się stosunkowo bezpiecznie, myłam je i przerabiałam. W konfrontacji ze śmietnikiem i z obfitością jedzenia, które można w nim znaleźć, uruchamiają się różne uczucia i myśli. Reakcja zależy od tego, które są silniejsze. U mnie wygrywały złość i żal za tym dobrym jeszcze jedzeniem, które powinno być gdzie indziej. Dużo freegan opowiadało mi o poczuciu odpowiedzialności, o dziecięcej wręcz radości z eksplorowania, przygodzie.

Bararek pod Halą Mirowską

Twoją książkę czyta się jak powieść, nie sposób się od niej oderwać. Czy równie łatwo było ją napisać?

W 2016 roku, gdy zaczynałam, w Polsce niewiele się o tym mówiło. Tematem zajmowały się właściwie tylko Banki Żywności, jadłodzielnie dopiero się otwierały. Jeździłam na konferencje i szczyty żywnościowe, szukałam osób, które mogłyby mi pokazać szerszą perspektywę. Oprócz ludzi z Federacji Polskich Banków Żywności czy pojedynczych naukowców trudno było znaleźć specjalistów. Celebryci, kucharze i influencerzy byli mniej więcej na tym samym poziomie co ja, dopiero zaczynali się tym tematem zajmować. Oprócz Aleksandra Barona, który od dawna eksperymentował z tym tematem, a wtedy zrobił swój słynny bankiet z resztek, i zaszczepiał produkty pleśnią. Chwilę później wszystko eksplodowało. Ktoś mnie wtedy zapytał, po co w ogóle pisać o marnowaniu jedzenia – to żaden temat, wyrzucamy i tyle. Okazało się jednak, że jest to pole do rozmowy o problemach systemowych, o trudnościach z przyjmowaniem dobrych i złych wiadomości, o godności, transferze doświadczeń, utracie, deprecjonowaniu wartości, które są niewidzialne, jak na przykład gospodarność, i zastępowaniu ich importowaną filozofią, taką jak zero waste.

Podczas pracy co jakiś czas wracał do mnie przykład Waldemara Gronowskiego, piekarza z Legnicy. Cała Polska przeżywała to, że został „ukarany” za rozdawanie chleba, ale informacja o tym, że można już dzielić się żywnością, bardzo słabo przebiła się do świadomości społecznej. Piekarz z Legnicy był przywoływany w internetowych dyskusjach, każdorazowo pojawiał się – jako ostrzeżenie – w rozmowach, które schodziły na temat dzielenia się niesprzedanym jedzeniem. Słyszałam o nim w związkach zawodowych w supermarketach, od firm wywożących śmieci, od samorządowców i polityków. Piekarz stał się symbolem paraliżu.

Dlaczego mieszkańcy takiego kraju jak Polska, o burzliwej przeszłości, w ogóle wyrzucają jedzenie?

Powiem więcej, wyrzucaliśmy je zawsze, choć prawdopodobnie z innych powodów, w innych ilościach i inne produkty. Jedzenie jest substancją nietrwałą, zwłaszcza to nieprzetworzone, niemożliwe jest nie wyrzucać niczego. W PRL-u marnotrawstwo na poziomie produkcji i przemysłu było ogromne i dotyczyło nie tylko żywności, lecz także nasion, nawozów, pasz, materiałów budowlanych, wszystkiego, co się wykorzystuje w procesie wytwarzania jedzenia. Gospodarka funkcjonowała w taki sposób, że było to nieuniknione. Z kolei w książce Tristrama Stuarta „Waste – Uncovering the Global Food Scandal” można przeczytać o tym, że ze znalezisk w USA wynika, że paleolityczni myśliwi nie zagospodarowywali całego mięsa z ubitego mamuta, wycinali niewielkie fragmenty, resztę zostawiali. Niezużywanie do końca leży więc chyba w naszej naturze, ale w pewnym momencie zaczęliśmy to nazywać marnowaniem. Próbowałam znaleźć jasne wytłumaczenie tego, dlaczego jedni wyrzucają, a inni nie. Nie chodziło mi o technikalia, jak robienie zakupów z listą, tylko o pewne uwarunkowania psychologiczne. Kuszący wydawał mi się wątek pamięci niedostatku, niedojadania, który kojarzy nam się z czasem wojny, opowieściami dziadków. Mógłby być prostym wytłumaczeniem, ale okazało się, że nie jest. W zasadzie cieszę się, że nie da się tego zjawiska uprościć. Że nie jest jednoznaczne. Wzorów na wyrzucanie jest sporo, ale zależą od wielu czynników. Pokolenie, które zahaczyło życiorysem o trudne czasy, może żyć bardziej skrzętnie i mniej wyrzucać, z drugiej strony często robi duże zapasy. Ta skrzętność, wyróżniająca starsze osoby, również niknie, gdy zaczyna się żyć samotnie. Moja mama, bardzo gospodarna osoba, która ma już prawie 70 lat, mówi czasem, że nie będzie się zmuszać do jedzenia, skoro coś jej nie smakuje. Wystarczająco długo się dyscyplinowała.

Wzorów na wyrzucanie jest sporo, ale zależą od wielu czynników. Pokolenie, które zahaczyło życiorysem o trudne czasy, może żyć bardziej skrzętnie i mniej wyrzucać, z drugiej strony często robi duże zapasy.

Czy moment wyrzucania nie jest przypadkiem dla niektórych aspiracyjny? Nie muszą się męczyć z resztkami, stać ich na to.

Tak tłumaczyła to antropolożka kultury, z którą rozmawiałam. To jest model zachowania, który pokazuje: u nas jest nadwyżka, nadmiar, zbliżamy się do poziomu konsumpcji dostępnego mieszkańcom Zachodu. Przejmujemy tę kulturę z całym bagażem jej plusów i minusów. Moim zdaniem nie zaszliśmy jeszcze tak daleko jak Amerykanie, gospodarność wciąż mocno się u nas trzyma. Ponieważ jest ona domeną kobiet, czymś niewidzialnym i nieefektownym, bywa deprecjonowana. Z drugiej strony dyskusja o marnotrawstwie i o tym, jak sobie z nim radzić, jest wpisana w debatę o nierównościach. I ja sama opowiadam czasem o rozwiązaniach, które można zinterpretować jako hipsterskie rady dla uprzywilejowanych. Byłoby idealnie, gdyby każdy miał dostęp do kooperatyw, RWS-ów sprzedających lokalne i sezonowe produkty, mógł przejść się na piechotę albo pojechać tramwajem na lokalny bazarek z rolnikami z okolicy, ale niestety taki świat nie istnieje. Ogromna rzesza ludzi nie ma dostępu do lokalnej żywności dobrej jakości, wybiera między dyskontem a targowiskiem z warzywami od pośrednika z giełdy, na który musi dojechać 20-letnim dieslem z wyciętym filtrem cząstek stałych. Choćby stanęli na głowie, to nie kupią lokalnych produktów, bo w markecie znajdą tylko warzywa z drugiego końca Polski albo Europy, nawet jeśli tuż obok mieści się gospodarstwo, które produkuje takie same marchewki czy kapustę. Byłoby świetnie, gdyby sieci sprzedawały więcej faktycznie lokalnie produkowanego jedzenia, ale w obecnym systemie jest to niemożliwe. Z drugiej strony wiele osób boryka się z takimi problemami, że wymaganie od nich, żeby zastanawiali się nad konsekwencjami kupowania cypryjskich ziemniaków, jest przesadą. Skąd takie tłumy na warszawskim bazarze na Namysłowskiej, który za półdarmo sprzedaje przeterminowaną żywność? To miejsce pokazuje naszą kondycję społeczną i powinni je odwiedzić decydenci. Nie po to, żeby przerazić się warunkami sanitarnymi, tylko żeby zapytać ludzi, dlaczego tam kupują. To jest dyskusja o nierównościach i zapomina się o tym, produkując kolejne złote rady.

Marta Sapała na bazarku pod Halą Mirowską

Jedna z twoich rozmówczyń stwierdza, że o jedzeniu mówi się w Polsce w sposób egzaltowany lub stygmatyzujący. Jak to wpływa na problem?

Ludzie odwracają głowę lub nurzają się w poczuciu winy, bo spleśniał im kawałek sera. Włącza się dysonans poznawczy i pragnienie, by go zredukować. A potem w badaniach ponad połowa respondentów zaprzecza, jakoby cokolwiek marnowała, a jest to raczej niemożliwe. Ma to także związek z definicją. Marnowanie to działanie, które zakłada aktywny udział i jest obarczone odpowiedzialnością. Gdy osoby pytane przez ankieterów skanują swoją pamięć w poszukiwaniu dowodów domowego marnotrawstwa, pomijają być może cytrynę, która spleśniała dzień po przyniesieniu jej ze sklepu, łodygę brokuła, wygotowaną włoszczyznę z zupy, resztkę ryżu zostawioną na restauracyjnym talerzu, przypaloną kaszę z dna garnka. Kto uzna za zmarnowane obierki ziemniaków? Przecież to odpad. A brytyjska organizacja WRAP, która bada marnotrawstwo na Wyspach, bierze pod uwagę nawet woreczki po herbacie i fusy po kawie. I choć rośnie świadomość tego, że wyrzucanie żywności to duży problem o wielu wymiarach, naukowcy dopiero się uczą badania skali tego zjawiska, szukają najlepszej metodologii. Istnieje bardzo duży obszar, który wymyka się statystykom, na przykład opisane przeze mnie gospodarstwa eksperymentalne czy te produkujące nasiona. A żeby uzyskać nasiona, trzeba doprowadzić roślinę do takiego stanu, że staje się praktycznie niejadalna. Więc po wyłuskaniu materiału idzie na marne.

A wrzucenie jedzenia psu do miski? Z twojej książki dowiedziałam się, że to też marnowanie.


Według niektórych definicji tak – to niezjedzenie żywności wyprodukowanej z myślą o człowieku. A przeznaczanie zmarnowanej żywności na paszę może przynosić dużo korzyści. Brytyjska organizacja Feedback porównała środowiskowe konsekwencje skarmiania trzody chlewnej tradycyjną paszą na bazie zbóż i importowanej soi, resztkami ze stołów oraz warzywami, które nie sprzedały się w supermarketach. Druga i trzecia opcja zdecydowanie wygrały. Mniejsze zużycie wody, uwolniony areał ziemi.

Czy zawartość śmietników w dużych i małych miastach, na zamkniętych osiedlach i wśród zwykłych, szarych bloków jakoś się różni?

Zdecydowanie tak, choć moim zdaniem nie do końca jest to kwestia biedy i bogactwa, tylko zróżnicowanego przekroju społecznego. Gdy dominuje jednorodna struktura społeczna, śmietniki są przewidywalne, a gdy zróżnicowana – potrafią zaskoczyć w obie strony. Po pierwszej wyprawie śmieciarką na jedno z najzwyklejszych warszawskich osiedli byłam bardzo rozczarowana. Znajdowałam obierki, skórki, liście po kapuście i kalafiorze, resztki z talerzy. Nie widziałam na przykład tego, co pokazywano w filmie „Taste the Waste” – że w dniu zakupów bohaterowie wyrzucali z lodówki wszystko, jak leci. Nie znalazłam dowodów na to, że dochodzi do systematycznej, popełnianej z premedytacją zbrodni na jedzeniu.Z kolei na zamożnym osiedlu zamkniętym, gdzie wszystkie mieszkania zostały wykupione, zanim jeszcze budynki wyrosły z ziemi, znalazłam ogromne ilości jedzenia. Całe siatki, jakby ktoś faktycznie czyścił lodówkę. Lubiłam sobie wyobrażać, co mogło do tego doprowadzić. Dlaczego wyrzuca się cały, wciąż zapakowany i przed upływem daty ważności, filet z łososia? Może ktoś planował kolację, ale wyjechał, albo nie przyszedł wyczekiwany gość, może wstydził się oddać sąsiadowi?

Bazarek pod Halą Mirowską

Racjonalizowałaś to sobie?

Masz rację, uromantyczniałam ten fakt, byle nie dopuścić do świadomości, że ktoś tak po prostu wyrzucił świeżą rybę do śmieci. Znalazłam też siatkę czekolady, to było po świętach, więc pomyślałam, że ktoś, kto ją dostał, jest na diecie albo postanowił na nią w Nowy Rok przejść. Pamiętam wielką paczkę orzeszków arachidowych schowaną w torbie po mące, wyglądało to jak próba ukrycia dowodów zbrodni. Było też bardzo dużo pieczywa, ale chleb znajdowałam wszędzie. W „zwyczajnych” rejonach miasta zdarzał się zawieszony osobno w woreczku, a w zamożniejszych było go bardzo dużo w kontenerach. Nawet tam były jednak osoby, które miały problem z wrzucaniem do kontenera jedzenia, odstawiały je więc obok. Raz znalazłam całe pudełko różnego rodzaju herbatek, niektóre otwarte, inne fabrycznie zapakowane. Pamiętam też worek ekologicznych ziemniaków, które zaczęły puszczać pędy. To pokazuje, że mamy lęk przed tym, co się dzieje z jedzeniem, niewłaściwie interpretujemy pewne procesy. Niestety, czasem w drugą stronę. Natrafiłam na hipotezę, która mówi, że im większą ma człowiek lodówkę, tym więcej marnuje. Robi większe zakupy, dopycha, zapominając o tym, co jest z tyłu. Chowając jedzenie do lodówki, myślimy, że procesy kolonizacji przez drobnoustroje oraz rozkładu ulegają zatrzymaniu. A one nadal biegną, tylko wolniej.

 

Ilość jedzenia wyrzucana przez pojedyncze jednostki to nic w porównaniu z opisywanym przez ciebie marnotrawstwem praktykowanym przez olbrzymie firmy, supermarkety i hotele. Czy pojedynczy człowiek ze swoimi decyzjami ma wpływ na skalę tego problemu?

Każde działanie jest dobre i warto je podejmować, ale żeby poradzić sobie z problemem marnowania żywności, trzeba rozwiązań, które działają systemowo. Eksperci Fusions wyliczyli, że w Unii Europejskiej konsumenci marnują 52% jedzenia, a handel – tylko 5%. Ich raport został jednak zbudowany na danych dostarczonych przez nieliczne kraje, z Polski nie popłynęły żadne informacje, bo po prostu ich nie było. Z badaniami tego typu jest też taki kłopot, że nie uwzględniają faktycznego rozkładu odpowiedzialności. Odpowiedzialność sieci nie zaczyna się w momencie wjazdu świeżego jedzenia do hali sprzedaży i wyjazdu tego, co się nie sprzeda, w kontenerach. Sieci mają do wyboru mnóstwo rozwiązań, które pomniejszają te pulę; zwroty do producentów, wyśrubowane normy jakościowe, przez które, zdarza się, są odsyłane całe tiry zepsutych produktów, ale których używa się również do regulowania strumienia towaru. Duża część plonów, z racji nietypowego rozmiaru czy kształtu, w ogóle nie załapuje się do wielkopowierzchniowej sprzedaży. Z drugiej strony to, jak supermarket jest zaprojektowany, jak duży jest koszyk, jak jedzenie pachnie i wygląda, sprawia, że kupujemy więcej, niż potrzebujemy, bo trudno nam się oprzeć pokusie wyboru. Podobnie jest z odpowiedzialnością nas, konsumentów; marnujemy nie tylko w naszych domach. Gdy wybieramy w sklepie czy na bazarze pomidory, morele, awokado i ugniatamy je w poszukiwaniu twardego albo właśnie dojrzałego, przyspieszamy ich psucie. Żywność to nie jest towar taki jak inny, to towar specjalnej troski i powinno się mówić i o prawie do niej, i o oszczędnościach płynących z mądrego gospodarowania. Ci, dla których ważna jest ekologia, badania to potwierdzają, wyrzucają mniej, do innych – być może – dotrze argumentacja finansowa. W trakcie pisania „Na marne” odwiedziłam warszawski hotel, w którym zastosowano system Winnow badający poziom marnotrawstwa w gastronomii. Jest bardzo szczegółowy i wymagający, trzeba ważyć i rejestrować każdy wyrzucany kęs. Dzięki tym pomiarom można znacznie zmniejszyć straty finansowe, system pokazuje słabe punkty. Menadżerom udało się wprowadzić proste zmiany, na przykład zmniejszyli porcję jogurtu czy rozmiar talerzy, przy czym mówili jasno – dla nich najważniejsza jest ekonomia. Każdego dyscyplinuje co innego, ale chodzi o efekt. Po napisaniu książki złapałam się na tym, że gdy patrzę na produkt spożywczy, który mam zamiar wykorzystać, to czuję w środku miłe ciepło. Jedna z moich rozmówczyń mówiła mi, że oddycha z ulgą, gdy widzi w lodówce pustkę. Do pustki dążą panie z koła gospodyń na Podkarpaciu, dopiero wtedy idą na zakupy. Dążmy do niej wszyscy, ale pamiętajmy, że to przywilej.

W zawsze głodnym KUKBUK-u mamy niepohamowany apetyt na życie. Codziennie mieszamy w redakcyjnych garnkach. Kroimy teksty, sklejamy apetyczne wątki. Zanurzamy się w kulturze i smakujemy codzienność. Przysiądźcie się do wspólnego stołu i poczujcie, że w kolektywie siła!

Koszyk

suma:
NaN zł
Przejdź do koszyka