Jan Bajtlik. Wystawa Ogród Prywatny

Ogród prywatny Jana Bajtlika. Poznajcie jednego z najbardziej cenionych artystów młodego pokolenia 

29-letni Jan Bajtlik jest jednym z najbardziej docenianych artystów młodego pokolenia. Polak projektuje autorskie książki dla dzieci, plakaty i ilustracje, zajmuje się także rysunkiem i malarstwem.

rozmawiała: Małgorzata Steciak
fot. Adam Gut

Jego ilustracje zdobią książki dla wydawnictwa „Dwie siostry”, były także publikowane m.in. w „The New York Timesie”, „Time Magazine” czy „Gazecie Wyborczej”. Od dwóch pracuje dla francuskiego domu mody Hermès, dla którego projektuje chusty, ceramikę, tapety, tkaniny, koce, ręczniki i typografię.

Jego najnowsza wystawa „Jardin Particulier”, czyli ogród prywatny, którą do 30 września można oglądać w Galerii Promocyjnej w Warszawie, to szansa przyjrzenia się twórczości Bajtlika od nieco innej strony. Prezentowane tu czarno-białe obrazy na płótnie i rysunki ujawniają fascynację artysty roślinami, których gęsta, przypominająca niekiedy labirynt sieć linii i motywów odsyła momentami do malarstwa abstrakcyjnego. Zamknięte w strukturze kadru obrazy charakteryzuje czarno-biała tonacja i grube pociągnięcia farby, w których odbija się typograficzne doświadczenie artysty, jak również głęboka potrzeba autorskiej wypowiedzi. Bajtlik odwołuje się tu do renesansowej tradycji intymnych ogrodów pałacowych zwanych „Giardino Segreto”. Tytuł wystawy staje się grą głów, zabawą z historycznym określeniem, który wynosi dzisiejsze rośliny doniczkowe do poziomu malarskiej medytacji nad przechodzeniem figuratywnych linii i kształtów w abstrakcyjną kompozycję, czarnych plam w rozpoznawalne figury.

O twórczości Jana Bajtlika rozmawiamy z kuratorem wystawy Kostkiem Szydłowskim.

Podobno punktem wyjścia do stworzenia tej wystawy były domowe rośliny doniczkowe Jana Bajtlika.

Podczas tworzenia tej wystawy przyświecała nam idea spontaniczności. To nie są prace wykalkulowane, wymierzone, są efektem kreatywnego gestu opierającego się na metodzie prób i błędów, poszukiwaniu najbardziej intuicyjnej, najsilniejszej w przekazie treści. To jest coś, co bardzo fascynuje Jana Bajtlika.

W swoich poprzednich pracach artysta używał wyrazistych kolorów – różnokolorowych flamastrów, srebrnych czy złotych markerów, sporo różu i żółci. W przypadku tej wystawy wszystkie prace są czarno-białe. Dominuje akrylowa czarna farba nakładana w grubych warstwach. Wystawa odwołuje się do konwencji martwej natury, która otwiera się na abstrakcję przez swoją labiryntową kompozycję. Te obrazy nawiązują również do estetyki street artu, plakatu i są wynikiem doświadczeń Bajtlika jako grafika, ilustratora.

Skąd wybór takiej techniki?

Operując grubym pędzlem z nałożoną dużą ilością farby Bajtlik musiał malować bardzo szybko. Każdy fałszywy ruch mógłby zniszczyć obraz. Płótna były zagruntowane na biało, obraz jest pozbawiony kolorów, nie ma szarości. Jest tylko gruba czarna linia na białym tle. Dlatego kompozycja musi być bardzo precyzyjna, wszystkie elementy muszą ze sobą współgrać, obraz musi mieć zharmonizowany rytm. Rośliny na tych obrazach są niezwykle zagęszczone. Przy interpretacji pojawiają się skojarzenia z pejzażami azjatyckimi, w których nie ma wyraźnego horyzontu, a czasami wręcz mamy złudzenie patrzenia na kompozycję z góry, z perspektywy lotu ptaka.

Obrazy odsyłają także do nowej książki Bajtlika „Nić Ariadny”, która ukaże się niebawem. Na jej potrzeby artysta stworzył rysowane na specjalnym japońskim, delikatnym papierze plansze, które sam nazwał „labiryntami greckimi”. Tam również mamy niezwykłe zagęszczenie kresek, symboli, podczas pierwszego zetknięcia z rysunkami oko niemalże gubi się w tej kompozycji jak – nomen omen – w labiryncie, który wciąga i wiruje przed naszymi oczami.

Wystawa Jana Bajtlika "Jardin Particulier" w Galerii Promocyjnej / fot. Adam Gut

Artysta porównał proces tworzenia tych obrazów do sesji jam session.

Wystawa powstała stosunkowo szybko, a jednocześnie Bajtlik pracował nad innymi projektami komercyjnymi. Przez ostatnie półtora roku artysta współpracuje z francuskim domem mody Hermès, dla którego projektuje m.in. słynne chusty jedwabne. Zlecenia na zamówienie są aktywnością niezwykle dyscyplinującą i wyczerpującą dla artysty i stanowiącą podwaliny jego działalności artystycznej.

Projekty modowe, graficzne traktowałbym w tym przypadku jako ćwiczenia, wprawki i badanie różnego rodzaju możliwości wypowiedzi artystycznej. One oczywiście muszą być zawsze nieco ugrzecznione, dopasowane do oczekiwań klienta. Dopiero przygotowując autorską wystawę artysta może rozwinąć skrzydła, przestać się autocenzurować i stworzyć dzieła zupełnie bezinteresownie. To swoiste jam session, o którym wspominasz, to jest uwolnienie nagromadzonych pomysłów i umiejętności w stanie czystym. Jednocześnie jednak przebija z tych obrazów surowość, minimalizm.

Mniej znaczy więcej?

W pewnym sensie tak. Zredukowanie środków jest istotne by wydobyć z obrazu esencję. Prostota martwej natury, jak w przypadku tej wystawy, doprowadza artystę do granicy abstrakcji. Zestawienie kilku, kilkunastu plam, kresek, często grubo malowanych, by podkreślić wymiar gestu, który powstaje najczęściej przy jednym pociągnięciu pędzla, przypomina znaki, hieroglify, kojarzące się z obrazami abstrakcyjnymi.

Często dopiero przy dokładnym przyjrzeniu się obrazom z gąszczu plam i wzorów wyłaniają się kształty i zaczynamy dostrzegać, że widzimy rośliny, liście…

.…Psy!

Albo jelonki, według niektórych [śmiech]. Bajtlik dokonuje w ten sposób ciekawego przesunięcia. Sprawia, że patrząc na roślinę zapominamy, że jest ona martwą naturą. Każe nam przyglądać się liściom jako formie geometrycznej.

Świat roślin fascynuje także matematyków ze względu na swoją geometrię, powtarzalność i drobne różnice. Liście jednego drzewa są do siebie bardzo podobne, ale jednak nie identyczne. Rosną w pewnych odstępach tworząc abstrakcyjne formy. To nie przypadek, że Jan Bajtlik, który jest także doświadczonym typografem, sięga po nie w swojej sztuce. Zestawienie rytmu, znaku, który stara się coś zakomunikować przy możliwie najmniejszej ilości środków, jest charakterystyczne dla jego twórczości.

Rośliny wchodzą jedna na drugą, zakrywają siebie nawzajem, splatają. Trudno jest wizualnie oddzielić je od siebie. Te wszystkie linie niemalże falują, zdają się wirować przed naszymi oczami. Jednocześnie jednak wrażenie jest bardzo nienachalne, ponieważ obrazy utrzymane są w stylu minimalistycznym. Nie ma tu kolorów, które przyprawiałyby nas o zawrót głowy. To nie są obrazy, po których oglądaniu trzeba odetchnąć od nadmiaru bodźców. Wywołują one wyłącznie chwilowe zagubienie się w obrazie dające przyjemność odkrywania kolejnych warstw znaczeniowych. Bajtlik, mimo że maluje grubą kreską i bardzo gęsto, nie jest efekciarski, nie „filozofuje młotem”. Jego malarstwo jest znacznie bardziej subtelne, a przez to uniwersalne. Oszczędność środków wyrazu sprawia, że jego sztuka się nie zestarzeje.

fot. materiały prasowe

Dwa z obrazów wyróżniają się spływającymi strużkami farby.

To kolejne odwołanie do estetyki street artu czy sztuki ulicy. Tam maluje się bardzo szybko, dużą ilością farby, co powoduje efekt zacieków. Spływające z konturów strużki farby, tzw. dripping, przełamują w ciekawy sposób kompozycję, przecinając ją pionowymi kreskami. Są też poniekąd aktem denuncjacji – ujawniają też formę obrazu, podkreślając jego abstrakcyjność, dynamikę.

Jan Bajtlik wydaje się znajdować w idealnej sytuacji dla młodego artysty – udaje mu się łączyć ambitne, dobrze płatne zlecenia z możliwością autorskiej wypowiedzi. Jedno napędza drugie?

Łatwo ulec iluzji, że jedno jest odskocznią od drugiego. Nie chcę obierać jednoznacznego stanowiska, bo mogę mówić wyłącznie w imieniu Bajtlika, ale to nigdy nie jest tak że wszystkie niespełnione pomysły komercyjne znajdują ujście w twórczości artystycznej niczym w terapii. To są dwa równoległe światy, choć jestem przekonany, że Bajtlika projektanta by nie było gdyby nie istniał przede wszystkim Bajtlik artysta. Mimo że wydaje się, że obrazy powstają niejako pomiędzy kolejnymi projektami na zlecenie, które może mocniej przykuwają uwagę odbiorców. Młodym artystom jest niesłychanie trudno utrzymywać się ze swojej sztuki, nawet jeśli są genialni. Potrzebują mecenasów, kolekcjonerów, którzy nie tylko docenią ich działalność poprzez śledzenie ich kroków, ale i wsparcie finansowe. W ten sposób powstaje iluzja, że najpierw zarabia się pieniądze na utrzymanie, a później myśli o wypowiedzi artystycznej, traktowanej odrobinę jak hobby. Wydaje mi się, że to złudzenie, któremu łatwo ulec współcześnie.

To, co jest najważniejsze, to, że nawet w jego komercyjnych pracach można dostrzec iskrę Jana Bajtlika artysty – nie wyłącznie rzemieślnika. Prawdziwy pożar może zapłonąć jednak dopiero, kiedy daje się mu całkowitą wolność tworzenia dzieł, które nie były przez nikogo zamówione.

Jan Bajtlik na 12. Międzynarodowym Triennale Plakatu w Toyamie, gdzie za plakat “Celebrate the city” otrzymał brązowy medal.

Jan Bajtlik. Ur. 1989. Absolwent Wydziału Grafiki ASP w Warszawie (2013) w pracowni grafiki wydawniczej prof. Lecha Majewskiego i pracowni projektowania książki prof. Macieja Buszewicza. Projektuje autorskie książki dla dzieci, plakaty i ilustracje. Zajmuje się rysunkiem i malarstwem. Ilustrował między innymi w The New York Times, Time Magazine, Courrier International i w Gazecie Wyborczej. Jego prace były wielokrotnie nagradzane w kraju i za granicą. Otrzymał między innymi srebrny medal na Triennale Plakatu w Toyamie w Japonii (2011) i wyróżnienie Bologna Ragazzi Award (2015) za książkę o typografii dla dzieci “Typogryzmol” (Wydawnictwa Dwie Siostry) wydaną w 8 językach w tym po angielsku (“Alphadoodler”) przez Tate Modern. W 2014 otrzymał Stypendium Młoda Polska, a w 2015 otrzymał Nagrodę Ministra Kultury. Jest wykładowcą wydziału New Media Arts w PJATK w Warszawie. Od 2016 pracuje dla Hermès Paris projektując chusty (Carrés Hermès), ceramikę, tapety, tkaniny, koce, ręczniki i typografię. Jest współautorem scenografii witryn butiku Hermès w Dubai Mall i oprawy graficznej Hermès Fantasty Funfair w Dubaju. Współpracuje także z paryskimi studiami Atelier Michel Bouvet i pracownią scenograficzną Atelier Maciej Fiszer.


© KUKBUK 2018