Czworo ludzi, dwa kontynenty. Rozmowa z autorami „¡Ameryki!” - KUKBUK

Czworo ludzi, dwa kontynenty. Rozmowa z autorami „¡Ameryki!”

19 krajów, 340 dni i 80 tysięcy kilometrów. Monika Mądry-Pawlak i Jan Pawlak opowiadają, jak smakuje Ameryka.

Rozmawiała: Magda Malicka
Zdjęcia: Jan Pawlak

Co tracą ludzie, którzy nie podróżują?

Monika: O rany! Trudne pytanie.

Jan: Życie tracą! [śmiech]

M.: Gdy ktoś nas pyta, po co podróżujemy, to ja mówię, że podróż to jest życie, jest jak wiatr, który pcha do przodu. Ale trudno powiedzieć, co tracą ludzie, którzy nie jeżdżą po świecie. Przekonają się, co tracą dopiero, gdy pojadą. Tym bardziej że każdy inaczej podróżuje i co innego z tego wynosi.

J.: Na pewno można powiedzieć, że podróżowanie otwiera głowę, pozwala nabrać tolerancji i pokory. My podczas ostatniego wyjazdu znowu przekonaliśmy się, jaki świat jest kolorowy, jak bardzo ludzie są ciekawi siebie nawzajem. I że w głębi duszy wszyscy są wspaniali.

M.: I zweryfikowaliśmy też niektóre swoje potrzeby.

Co masz na myśli?

M.: Mamy na Śródce dwupoziomowe mieszkanie. Przed wyjazdem podzieliliśmy je na dwa mniejsze i obydwa wynajęliśmy. Wszystkie nasze rzeczy musieliśmy spakować i schować, żeby zostawić mieszkanie puste. Teraz mija czwarty miesiąc od naszego powrotu do Polski, a my ich ciągle nie rozpakowaliśmy – okazało się, że większości z nich nie potrzebujemy. Co więcej, nasze 60-metrowe mieszkanie zrobiło się dla nas za duże po roku spędzonym na kilku metrach w samochodzie. [śmiech]

W niemal roczną podróż po obu Amerykach Monika Mądra-Pawlak i Jan Pawlak udali się z dwojgiem dzieci.

Te wszystkie trendy, które do nas przychodzą z Zachodu: zero waste, minimalizm, ekologia – zresztą bardzo potrzebne – w podróży przestają być modą. Stają się faktem. My na przykład przekonaliśmy się, że nie musimy codziennie wylewać na siebie hektolitrów wody pod prysznicem. Jeden baniak wystarczył, żeby przygotować śniadanie i żeby się umyć. Ciuchy? Okazało się, że nie potrzebujemy wszystkich tych ubrań, że świat się nie kończy, jeśli się chodzi cały czas w tym samym. [śmiech] Oczywiście po powrocie wyjęliśmy z kartonów jakieś cieplejsze rzeczy na zimę, ale to wszystko. Ja przestałam używać jakichkolwiek kosmetyków, chociaż dawniej malowałam się codziennie. W trasie się tego oduczyłam. Dzisiaj nie mam nawet tuszu do rzęs.

Z czego to wynika? Czy zmieniło się twoje postrzeganie samej siebie?

M.: Nie mówię, że to zawsze tak działa, ale w podróży ludziom chyba zmieniają się priorytety. Takie rzeczy jak makijaż przestają być ważne. Mniej uwagi zwraca się na siebie, a więcej na innych ludzi, na to, co jest dookoła. Tego zresztą uczą nas nasze dzieci. One nas zatrzymują, pochylają się nad najbardziej niepozorną rośliną, robakiem, strumykiem. Tam, gdzie my nie widzimy nic ciekawego, one dostrzegają piękno. I otwierają nam na nie oczy. Uczą nas też otwartości. W ogóle nie oceniają, są ciekawe każdego człowieka. A różnice między ludźmi są dla nich zupełnie naturalne. To, że ktoś ma inny kolor skóry, inny temperament, że gdzieś są inne zapachy, jedzenie, muzyka – one to przyjmują z niezwykłą otwartością.

- Dzieci nas zatrzymują. Tam, gdzie my nie widzimy nic ciekawego, one dostrzegają piękno. I otwierają nam na nie oczy - mówi Monika Mądry-Pawlak.

A czego podróż nauczyła wasze pociechy?

M.: Wielu rzeczy. Helena na przykład w trasie zaczęła czytać. Wiedzę geograficzną oboje mają pewnie opanowaną na kilka lat do przodu. [śmiech] Zobaczyli mnóstwo krajobrazów, zwierząt i roślin, poznali inne kultury. To, czego dzieci w szkole uczą się z książki i mapy, oni widzieli na własne oczy. Myślę, że taka eskapada może nauczyć więcej niż jakakolwiek szkoła. No i rozbudza ciekawość świata.

Inna bardzo ważna nauka płynąca z podróży – również dla nas – to ta, że wszyscy jesteśmy obywatelami tej samej planety. I że musimy jednakowo o nią dbać. Kiedy jechaliśmy przez Amerykę Środkową, nie było dnia, żebyśmy nie widzieli wypalanych lasów – głównie pod uprawę palmy oleistej. Nasza córka strasznie to przeżywała. Oczyma wyobraźni widziała zwierzęta – małpy, owady, ptaki, jaszczurki – które giną w pożarach. Więc oczywiście pytała, dlaczego to się dzieje, a my tłumaczyliśmy. I zdecydowała – jej brat zresztą też – że już nigdy nie tknie niczego, co zawiera olej palmowy. My wcześniej też nie kupowaliśmy im tych produktów, ale dzięki tej podróży są bardziej świadomi. I sami zdecydowali.

Notatki z podróży Heleny - córki Moniki i Jana.
- Czesio i Helena podczas podróży zobaczyli mnóstwo krajobrazów, zwierząt i roślin, poznali inne kultury - mówi Monika. - To, czego dzieci w szkole uczą się z książki i mapy, oni widzieli na własne oczy.

Przemierzając Patagonię albo Alaskę, często można jechać wiele godzin przez pustkowia. Dookoła jest tylko piękna natura. Była niejedna taka scena, kiedy trafialiśmy wreszcie na stację benzynową i Helenka – mimo że była bardzo głodna albo miała ochotę na coś słodkiego – wychodziła z pustymi rękami. Bo przeczytała skład wszystkich słodyczy i wszędzie był olej palmowy. Teraz uczy tego inne dzieci w szkole.

Potem jechaliśmy przez Kanadę, która też była w ogniu. Widzieliśmy łuny nad płonącymi lasami, opadał na nas ten popiół, wdychaliśmy pył. To też daje do myślenia: Ameryka Północna płonie w niespotykanej do tej pory skali przez to, co my robimy planecie – bo jest efekt cieplarniany, susza, podnosi się temperatura i stąd pożary. A Ameryka Południowa płonie, żeby zaspokoić wygórowane potrzeby Ameryki Północnej i Europy. To jest po prostu straszne. I chociażby to dają nam podróże – zobaczyliśmy na własne oczy, co ludzkość robi Ziemi. I to kształtuje nasze codzienne wybory…

Niby wszyscy wiemy, że trzeba unikać oleju palmowego…

M.: Z tym że dopóki nie doświadczysz tego tak brutalnie, to czasem mówisz: dobra, to dzisiaj zrobię sobie wyjątek… Wiele jest też takich kwestii, o których w Europie prawie się nie mówi.

Czyli?

M.: Na przykład komosa ryżowa i awokado. Na Zachodzie jest wielki popyt na te produkty, ich ceny poszybowały w górę. Przez to zwykli ludzie nie mogą już sobie na nie pozwolić. Na targu w Boliwii zapytałam sprzedawczyni, czy ma komosę. Ona na to: „Nas nie stać na komosę”. A kiedyś to była podstawa ich wyżywienia. To samo w Peru. Mało kto wie też o tym, że w Meksyku toczą się wojny o plantacje awokado, właściciele upraw są terroryzowani przez mafię, porywani. Wy chyba zresztą o tym pisaliście?

Zgadza się. W artykule „Mroczne sekrety żywności”.

M.: Bardzo dobrze, że nagłaśniacie takie sprawy. My też wszędzie teraz o tym mówimy i ludzie są w szoku. Długo się zastanawiałam, czy umieścić w książce przepis zawierający awokado i komosę. W końcu uznałam, że to będzie dobra okazja, żeby ludzi uświadomić. Bo wiesz, nie da się powstrzymać globalizacji, zresztą ma ona też swoje plusy. Myślę, że powinniśmy wszyscy nauczyć się podchodzić do konsumpcji w sposób zrównoważony. Czyli okej, kupujmy awokado, ale raz na tydzień, dwa – nie codziennie. I wybierzmy takie, które pochodzi z pewnego źródła.

J.: Myślę, że dobrze by było, gdyby każda podróż, poza odpoczynkiem i poznawaniem kultur, była też refleksją. Nad światem, który zwiedzamy, i nad tym, jak żyjemy na własnym podwórku.

W książce często wspominacie, że ludzie, których spotykaliście, byli tego „waszego podwórka” – czyli Polski – bardzo ciekawi.

 J.: Tak, często się też zdarzało, że spotykaliśmy kogoś, kto miał polską żonę, znajomych polskie korzenie. Polacy są wszędzie! [śmiech] Ale nawet ci, którzy nie mieli z naszym krajem nic wspólnego, chcieli się jak najwięcej dowiedzieć. W ogóle przez te 340 dni poznaliśmy samych ciekawych świata, życzliwych, uśmiechniętych ludzi. A większość z nich naprawdę nie ma lekkiego życia. I mimo biedy zawsze byli gotowi nas ugościć, podzielić się jedzeniem, zaprosić do stołu. Nie spotkaliśmy nikogo w złym humorze, wkurzonego, sfrustrowanego…

Roczna podróż była dla Jana, Moniki i ich dzieci okazją do poznania innych kultur. Również od kuchni.

Jak to możliwe? Macie takie szczęście do ludzi czy dobrą intuicję?

M.: Aż tak dużo szczęścia chyba mieć nie można. [śmiech] Może chodzi o to, że kiedy ty masz w sobie otwartość i uśmiechasz się do innych, to oni się odwdzięczają tym samym?

J.: A może tam, w Ameryce, ludzie są inni? Podobno w języku Majów nie ma wulgaryzmów. Bo uważają, że takie słowa nie wnoszą nic dobrego, a powodują tylko eskalację złych uczuć.

M.: To daje do myślenia. W każdym razie wróciliśmy tak naładowani tą pozytywną energią, że nawet kiedy po powrocie spadło tu na nas nieco problemów, to podeszliśmy do nich z zupełnym spokojem. Dwa lata temu byśmy się pewnie załamali.

- Przez 340 dni poznaliśmy samych ciekawych świata, życzliwych, uśmiechniętych ludzi - mówi Jan Pawlak.

No właśnie. Jak się odnaleźliście po powrocie do codziennej rutyny?

 M.: Chociaż podczas wyprawy też pracowaliśmy – zdalnie zarządzaliśmy Rajem i La Ruiną – powrót był bardzo ciężki. Szczególnie że natychmiast po nim wpadliśmy w wir pisania książki, teraz promocji, spotkań autorskich – ciągle komuś o tym wyjeździe opowiadamy.

J.: Właściwie to nie wiem, czy my już z niego wróciliśmy. [śmiech]

A dzieci?

M.: Helena wdrożyła się najszybciej z nas wszystkich! [śmiech] Od razu po powrocie poszła do pierwszej klasy. Miała więc przed sobą swoją kolejną „podróż”, nowe wyzwanie. Czesiowi było trudniej. On jest takim typem marzyciela i podróżnika. Świetnie się odnajdywał w podróży i kiedy wróciliśmy, na początku wciąż pytał, dokąd teraz pojedziemy. Ale minęło trochę czasu i już się przyzwyczaił, że na razie stacjonujemy w Poznaniu.

Jan i Monika zgodnie twierdzą, że podróże otwierają głowę, uczą pokory i tolerancji. A także pokazują, jak piękny i kolorowy jest świat.

I jak długo planujecie stacjonować?

J.: My promujemy taką postawę, żeby nie planować, bo jeśli się planuje, to nic z tego nie wychodzi. [śmiech] Ogółem jesteśmy teraz na takim dziwnym etapie, że z jednej strony jeszcze nie wróciliśmy do rzeczywistości, a z drugiej – myślami już jedziemy dalej.

Uchylcie rąbka tajemnicy!

M.: Na razie zdradzimy tyle, że nasze auto czeka na nas w Vancouver.

J.: Samochód wolał zostać! Ma tam być naszą kotwicą. Przejechaliśmy Amerykę Południową, Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych i trochę Kanady…

M.: …ale Ameryka Północna jest wielka. Może pojedziemy jeszcze dalej, znów na południe…  Mamy tam jeszcze sporo do zjedzenia!

Podczas rocznej podróży Monika i Jan z dziećmi pokonali ponad 80 tysięcy kilometrów i odwiedzili 19 krajów.
- Jesteśmy teraz na takim dziwnym etapie, że z jednej strony jeszcze nie wróciliśmy do rzeczywistości, a z drugiej – myślami już jedziemy dalej - mówi Jan.

Monika Mądra-Pawlak i Jan Pawlak. Właściciele poznańskich kawiarni i restauracji Cafe La Ruina i Raj. Właśnie ukazała się ich druga książka „¡Ameryka! Atlas z przepisami” – relacja z prawie rocznej podróży samochodem po obu Amerykach, z dwojgiem dzieci. Ponad 80 nowych przepisów, opisy przygód i zdjęcia. 340 dni, 19 krajów, 80 000 km.

 


© KUKBUK 2018