Wywiad z Katarzyną Kędzior, autorką książki "Slow West Wege. Kochaj, gotuj i żyj na całego!"

„Był czas, kiedy zupełnie nie umiałam gotować. Dzisiaj to mój sposób na życie”

„Nie mogłam wytrzymać wiecznego pędu w mieście. Dziś żyję na wsi i ciężko pracuję, za to na własnych zasadach. Kiedy mam wszystkiego dosyć, wychodzę przed dom popatrzeć na drzewa, przytulić moje zwierzaki. I od razu mi lepiej”. Poznajcie historię Kasi Kędzior – uciekinierki z wielkiego miasta, która szczęście odnalazła w kuchni.

rozmawiała: Magda Malicka
zdjęcie główne: Joanna Jaskólska

Slow West Wege

Z Katarzyną Kędzior spotykam się w Warszawie. Przyjechała do stolicy tylko na kilka dni, żeby promować swoją pierwszą książkę kucharską z wegetariańskimi przepisami „Slow West Wege. Kochaj, gotuj i żyj na całego!”. Na co dzień mieszka we wsi Potoczek na Dolnym Śląsku, gdzie razem ze swoim partnerem prowadzi dom gościnny U Lokusza. Tam znalazła swoje miejsce na ziemi, ale zanim tak się stało, mieszkała w Warszawie, Krakowie, Łodzi i we Wrocławiu. 

Twoja książka zaczyna się od słów: „Nigdy nie sądziłam, że będę gotować”. 

To prawda! Kiedy ja i mój partner, Lokusz, zdecydowaliśmy się prowadzić dom gościnny, nie było mowy o tym, żebym gotowała dla gości. To nie była moja bajka – prawdę mówiąc, wcześniej nawet dla siebie gotowałam mało, nie lubiłam tego.  

Dziś gotowanie to twój sposób na życie. Jak do tego doszło?

Na początku goście mieli do dyspozycji naszą kuchnię i żywili się sami. Ten system nie zdał jednak egzaminu – w kuchni zostawał bałagan, a dla nas często nie wystarczało czystych naczyń i przestrzeni. Mieliśmy tego dość. Pojawił się więc pomysł, żebym to ja przygotowywała jedzenie dla gości. Miało nam to ułatwić panowanie nad sytuacją. Przyznam, że trochę się obawiałam – wcześniej z trudem pichciłam coś dla siebie i Lokusza, a tu przyszło mi gotować dla dwunastu osób!

Rzuciłaś się na głęboką wodę! 

Na początku nie spałam po nocach! Tak bardzo się bałam, że gościom moje potrawy nie będą smakować. [śmiech] To był czas, kiedy nie miałam za grosz wyobraźni kulinarnej. Do szesnastego roku życia żywiłam się głównie mięsem. Niemal nic innego mi nie smakowało. A warzywa – no, może poza ziemniakami – właściwie dla mnie nie istniały. Na nowe smaki otwierałam się stopniowo. Kiedy wyjechałam do szkoły średniej z internatem do dużego miasta i zaczęłam żywić się poza domem, zobaczyłam, że można jeść inaczej, niż ja jadłam do tej pory. Starałam się próbować nowych rzeczy, iść do przodu – taką mam naturę. Pamiętam swoje trudne początki z pomidorem, kiedy siedziałam nad nim przez godzinę, próbując go zjeść. [śmiech] 

Warzywa uczyłam się przyrządzać, gotując dla gości. I wtedy też się w nich rozsmakowałam, głównie dlatego, że pochodziły z mojego własnego ogródka. Może to zabrzmi jak banał, ale marchewka, którą się samemu wyhoduje, smakuje zupełnie inaczej niż ta kupiona w sklepie.

slow west Wege
- Może to zabrzmi jak banał, ale marchewka, którą się samemu wyhoduje, smakuje zupełnie inaczej niż ta kupiona w sklepie. - mówi Kasia. / fot. Katarzyna Kędzior

Po drodze przestałaś też jeść mięso.

Tak, od czterech lat jestem wegetarianką. Po jakimś czasie mieszkania w Potoczku i obcowania z naszymi zwierzakami po prostu mi się tego mięsa odechciało. Dzisiaj one są dla mnie jak członkowie rodziny. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła je zjeść.

Jak to się stało, że przeniosłaś się na wieś na końcu świata i zaczęłaś gotować? Wcześniej twoja kariera zmierzała w nieco innym kierunku…

Tak, po ukończeniu studiów z zakresu projektowania wnętrz pracowałam w zawodzie. Jednocześnie studiowałam wzornictwo. Uwielbiałam swoją pracę, ale nie do końca pasowało mi życie w mieście.

Dlaczego?

Kiedy mieszkałam w Warszawie, łapałam się na tym, że codziennie dokądś strasznie pędzę. I wszyscy dookoła mnie też pędzili. To mnie bardzo męczyło. Jednocześnie miałam świadomość, że – by się w mojej branży rozwijać – muszę żyć w Warszawie. Tylko niewielu doświadczonych projektantów może pozwolić sobie na pracę zdalną, na początku drogi zawodowej po prostu trzeba być w mieście. Miałam spory dylemat.

Pamiętam dokładnie, kiedy zrozumiałam, że muszę się wyprowadzić. Przechodziłam przez przejście dla pieszych. Z drugiej strony szedł starszy pan, który się przewrócił i wbił sobie okulary w skroń – wyglądało to bardzo groźnie. W tym momencie zobaczyłam, jak jakiś mężczyzna dosłownie przeskoczył nad nim, masa ludzi przeszła obok i nikt się nie zatrzymał. Podbiegliśmy do niego ja i jakiś chłopak, pomogliśmy mu wstać, zadzwoniliśmy po pogotowie – łącznie zajęło to jakieś kilka minut. Pamiętam, że wtedy wróciłam do domu i się popłakałam, bo dotarło do mnie, że ta znieczulica nie jest normalna i że nie chcę w tym uczestniczyć.

pensjonat u lokusza
pensjonat u lokusza
Sielkie krajobrazy i kontakt ze zwierzętami wynagradzają Kasi wszystkie trudy życia na wsi. fot. Katarzyna Kędzior

A jak to się stało, że trafiłaś do Potoczka?

Mój partner Lokusz, podobnie jak ja, chciał się przenieść na wieś. Szukaliśmy swojego miejsca na ziemi. Jeździliśmy po Dolnym Śląsku i wypytywaliśmy miejscowych o domy na sprzedaż. Tak trafiliśmy do Potoczka. Zachwyciły nas okolica, teren. Ale ten dom – to był wtedy chyba najbrzydszy budynek na świecie! Inne domy, które oglądaliśmy, miały klimat, piękne bryły, w środku urocze piece kaflowe. A ten – nie dość, że ruina, to jeszcze wyglądał jak wagon. [śmiech] Jak się później dowiedzieliśmy – budynek spalił się w 1936 roku, dwa lata później go odbudowano, ale najniższym kosztem. I to było widać. Bardzo spodobała nam się okolica, a ja się uparłam, że coś z tego domu wykrzeszę, dostrzegłam w nim potencjał. Dzisiaj, po kilku remontach, jest ładny i klimatyczny, chociaż ciągle jest wiele do zrobienia.

Własny biznes – dom gościnny – to był pomysł Lokusza. On wcześniej prowadził podobną działalność, miał pensjonat z nauką jazdy konnej. Ja natomiast przede wszystkim chciałam mieszkać na wsi. Miałam świadomość tego, że i na wsi trzeba coś robić, z czegoś żyć, więc przystałam na pomysł Lokusza. I tak, zamiast projektować wnętrza, sprzątam i gotuję. [śmiech] Ale niczego nie żałuję, bo tutaj jestem naprawdę szczęśliwa.

A jednak życie na wsi to nie sielanka.

To prawda, choć nawet jeśli jest dużo pracy, życie tutaj wszystko mi wynagradza. Kiedy jestem przemęczona, mam wszystkiego dosyć, wychodzę przed dom popatrzeć na drzewa, przytulić moje zwierzaki. I od razu mi lepiej. Tego bym nie miała w mieście. Zresztą dzisiaj uwielbiam przygotowywać jedzenie dla moich gości, mimo że to bywa męczące.

slow west Wege
Kasia planuje otworzyć w Potoczku studio kulinarne, gdzie goście będą mogli uczyć się gotować. / fot. Katarzyna Kędzior

A co najbardziej lubisz w gotowaniu?

Dla mnie jest to w pewnym sensie akt twórczy. Nie znoszę monotonii, a w kuchni zawsze jest miejsce na nowości, eksperymenty. Nawet jeśli przygotowuję coś po raz setny, zawsze coś zmieniam, czegoś dodam więcej, czegoś mniej, zmienię sposób podania… Zresztą życie w takim miejscu jak Potoczek wymusza pewną kreatywność w kuchni. Do sklepu mam 10 kilometrów. Więc gdy brakuje mi jakiegoś składnika, trzy razy się zastanowię, zanim pojadę go kupić, bo robi się z tego cała wyprawa. [śmiech] Z reguły w takiej sytuacji kombinuję z tego, co mam pod ręką. To bywa bardzo inspirujące.

Jedzenie w waszym domu jest ważne?

Tak myślę. Nasi goście dzielą się zresztą na dwie grupy: koniarzy, którzy przyjeżdżają do Lokusza na rajdy i obozy konne, i tych, którzy przyjeżdżają do mnie – na jedzenie. [śmiech] A poważnie mówiąc – jedzenie jest dla mnie szalenie ważne. Gotując dla gości, chcę dać im coś od siebie, chcę nakarmić ich dobrym smakiem i dobrą energią. W salonie mamy wielki stół, przy którym mieści się szesnaście osób. Nawet kiedy mamy komplet gości, możemy wszyscy razem zasiąść do posiłku. To bardzo ważne, bo wspólne jedzenie przełamuje lody i zbliża do siebie ludzi.

kasia kędzior
Goście pensjonatu "U Lokusza" dzielą się na dwie grupy - koniarzy i amatorów kuchni Kasi. / fot. Katarzyna Kędzior

A skąd pomysł na książkę kucharską?

To nie był mój pomysł! [śmiech] Marek, mój wydawca, był naszym gościem. Dwa lata temu zadzwonił do mnie z pytaniem „Kasia, nie napisałabyś książki kucharskiej?”. Odpowiedziałam mu, że chyba oszalał.

Dlaczego?

Bo miałam poczucie, że po dwóch latach gotowania dla gości ja dopiero raczkowałam! Zresztą nadal czuję, że przez to, że bardzo długo unikałam konkretnych produktów – jak choćby warzyw – do dziś mam ogromne braki w wiedzy, w doświadczeniach smakowych. Czuję, że przede mną jeszcze masa rzeczy do odkrycia. A przy tym mnie nikt nie zna, nie prowadzę popularnego bloga, nie ma mnie w sieci. Nie wierzyłam, że Marek chciał zainwestować pieniądze w ten projekt. Przekonał mnie jednak, że ludzi może zainteresować to, co robię, jak żyję. I jak gotuję.

slow west wege
Dzięki gotowaniu Kasia odnalazła życiową równowagę. Ma czas i na pracę, i na odpoczynek. / fot. Katarzyna Kędzior

Sama zrobiłaś większość zdjęć, które znalazły się w książce.

Nie wyobrażałam sobie, żeby mogło być inaczej! To moja kuchnia, moje potrawy, kto inny miałby je sfotografować? Nie wypożyczałam niczego do sesji, wszystko, co widać na zdjęciach, to rzeczy, których na co dzień używamy. Chciałam, żeby wszystko w książce było prawdziwe. Bo mam wrażenie, że szczerość i naturalność są teraz tak rzadko spotykane, że są na wagę złota.

Myślę też, że fajne jest to, że czytelnicy, jeśli zechcą, mogą przyjechać do Potoczka, poznać mnie, spróbować mojego jedzenia. A niedługo będą mogli ze mną pogotować.

Jak to? Myślałam, że przestałaś już wpuszczać gości do kuchni.

Tak się wkręciłam w gotowanie i mam taką potrzebę, żeby się rozwijać, że zdobyłam dofinansowanie z Unii Europejskiej i w przyszłym roku będę w Potoczku organizować studio kulinarne. Będę zapraszała kucharzy i blogerów, od których goście będą mogli uczyć się gotować. I ja też. [śmiech] Wyobraź sobie: przyjeżdżasz w piękne miejsce, odpoczywasz, a do tego gotujesz. Dla mnie to wymarzone wakacje.

A ty masz czas, żeby odpoczywać?

Głównie zimą. Wchodzę do kuchni w maju i nie wychodzę z niej do końca września. [śmiech] Śmieję się, że ten mój slow life jest mało slow, bo ciągle coś robię. Za to na własnych zasadach, mogę żyć po swojemu, mieć czas i na pracę, i na odpoczynek. Lubię swoje życie i nie zamieniłabym go na żadne inne.

u lokusza
fot. Katarzyna Kędzior

Specjalnie dla KUKBUK-a Kasia Kędzior wybrała swoje ulubione jesienne comfort food z książki „Slow West Wege. Kochaj, gotuj i żyj na całego!”. Podzieliła się z nami wegetariańskimi przepisami, które rozgrzeją ciało i duszę.

Krem z marchewki i pomidorów

KREM Z MARCHWEWKI I POMIDORÓW

SKŁADNIKI

  • pomidory / 1,5 kg
  • marchew / 1 kg
  • pietruszka / 400 g
  • cebula / 600 g
    4 sztuki
  • czosnek / 2 ząbki
  • bazylia świeża / 15 dużych liści
  • natka pietruszki / 2 łyżki (poszatkowana)
  • ziele angielskie / 5 sztuk
  • liść laurowy / 2 sztuki
  • sól i pieprz do smaku
  • oliwa / 2 łyżki
  • woda 2,5 l

PRZEPIS

1. Marchewkę i pietruszkę obierz i zetrzyj do garnka na tarce o dużych oczkach. Dodaj w całości dwie obrane średnie cebule i ząbek czosnku. Warzywa zalej wodą i dodaj przyprawy: łyżkę soli, ziele angielskie, liście laurowe, natkę pietruszki i pół łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu.
2. Dwie cebule poszatkuj i zeszklij na patelni, używając oliwy. Po kilku minutach dodaj poszatkowany ząbek czosnku i smaż 2 minuty. Dodaj pokrojone w kostkę pomidory i liście bazylii. Całość duś pod przykryciem, dopraw solą i pieprzem do momentu powstania jednolitego sosu.
3. Gdy warzywa w garnku będą miękkie, dodaj pomidory i całość gotuj przez kilka minut.
4. Wszystkie składniki zblenduj, dopraw solą i pieprzem i pozostaw na 30 minut do przegryzienia.

Z przepisu wychodzi około 4,5 litra zupy.

RADA

Wersja ekstra: na patelni rozgrzej dwie łyżki masła i dodaj wyciśnięty ząbek czosnku. Następnie dodaj pokrojone w kostkę pieczywo i smaż kilka minut do zarumienienia. Czosnkowe grzanki zaspokoją większy głód i podkręcą smak zupy.

Zimą korzystaj z passaty pomidorowej, ponieważ zimowe pomidory dostępne w sklepach są niesmaczne i jakościowo kiepskie. W tym przypadku wykorzystaj 750 ml passaty i podziel ją na dwie części. Połowę podsmaż z cebulką, a drugą część dolej do wywaru pod koniec gotowania zupy.

Tarta gryczana z cukinią i czerwoną cebulą

TARTA GRYCZANA Z CUKINIĄ I CZERWONĄ CEBULĄ

SKŁADNIKI

CIASTO

  • mąka gryczana / 300 g (z kaszy niepalonej)
  • masło / 125 g
  • jajko
  • sól / pół łyżeczki
  • zimna woda / 3 łyżki

WKŁAD

  • cukinia / 400 g
  • cebula czerwona / 250 g
  • czosnek / 1 ząbek
  • oliwa z oliwek / 2 łyżki
  • sól i pieprz

ZALEWA

  • śmietana 18% / 200 ml
  • mąka gryczana / 2 łyżki
  • jajko
  • sól i pieprz

DODATKOWO

  • roszponka 50 g + łyżka oliwy
  • czarne oliwki

 

PRZEPIS

1. Cukinię i cebulę pokrój na półtalarki, a czosnek drobno posiekaj.
2. W garnku rozgrzej oliwę i zeszklij cebulę. Dodaj cukinię, czosnek i duś pod przykryciem do miękkości. Dopraw solą i pieprzem.
3. Przygotuj ciasto: do miski wsyp mąkę, dodaj masło, jajko, pół łyżeczki soli i dokładnie wyrabiaj w dłoniach. Pod koniec dodaj 2–3 łyżki wody. Ciasto powinno odchodzić od dłoni i być elastyczne. Owiń je w folię aluminiową i schowaj do lodówki na 30 minut.
4. Do miski wlej śmietanę, dodaj 2 łyżki mąki gryczanej, jajko, sól i pieprz do smaku. Całość wymieszaj do uzyskania jednolitej konsystencji.
5.Tortownicę wyłóż ciastem i nakłuj je w kilku miejscach widelcem. Dodaj wkład, a całość pokryj zalewą śmietanową.
6. Piecz przez 50–60 minut w temp. 180°C. Wierzch powinien być zarumieniony, a brzegi odchodzić od formy.
7. Roszponkę wymieszaj z łyżką oliwy, pokrojonymi na plasterki oliwkami, dopraw solą i pieprzem i udekoruj tartę przed podaniem.

RADA

Gdy ciasto będzie zbyt lepkie, dodaj więcej mąki. Gdy będzie za suche, dolej więcej wody.

Maślane ciasteczka z lawendą

MAŚLANE CIASTKA Z LAWENDĄ

SKŁADNIKI

  • mąka orkiszowa / 300 g
    (typ 720–750)
  • zimne masło / 125 g
  • cukier puder / 90 g
  • miód / 2 łyżki
  • jajko
  • suszona lawenda / 2 łyżki

DODATKOWO

  • odrobinę mąki do podsypania ciasta

PRZEPIS
1. Wszystkie składniki zagnieć w misce. Ciasto powinno odchodzić od rąk. Gdy tak nie będzie, dodaj więcej mąki. Ciasto zawiń w folię i włóż na godzinę do lodówki.
2. Schłodzone ciasto lekko podsypując mąką, rozwałkuj na grubość 4 mm.
3. Za pomocą szklanki wycinaj okręgi i przełóż na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
4. Piecz w piekarniku nagrzanym do temp. 200°C przez 10–12 minut.

Z przepisu wychodzi 35 sztuk o średnicy 6 cm.

RADA
Jeśli nie przepadasz za lawendą, możesz z niej zrezygnować.


© KUKBUK 2018