Top wszech czasów – ulubione książki redakcji KUKBUK-a - KUKBUK

Top wszech czasów – ulubione książki redakcji KUKBUK-a

Z okazji Światowego Dnia Książki przyjrzeliśmy się naszym biblioteczkom i wyłoniliśmy z nich tomy, bez których życie nie byłoby takie samo. Jakie książki kocha redakcja KUKBUK-a?

Tekst: Kasia Stadejek

ksiazki2

Oliwia Gede-Niewiadomska, dyrektorka artystyczna

Mam wiele takich książek z czasów licealno-studenckich, kiedy człowiek miał czas rzucać się na opasłe tomy. Jednak moje the best of, książki, które jakoś ukształtowały moją wyobraźnię, to „Opowiadania” Cortázara, „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa i „Życie, instrukcja obsługi” Pereca. O tym ostatnim przeczytałam kiedyś w piśmie „Literatura na Świecie”. Były tam fragmenty jego tekstów i zachwyciły mnie założenia projektowe tych książek, ich matematyczna konstrukcja, sam koncept. Kiedy w końcu zaczęto go publikować w całości, zaczytywałam się w „Życiu…” – to było trochę jak zabawa domkiem dla lalek i układanka w jednym.

Przemek Karolak, sekretarz redakcji

Jedyna książka, do której wracam, to „Przygody Baltazara Gąbki” – żadnej innej książki nie przeczytałem dwa razy.

Zuza Rożek, specjalistka od marketingu internetowego

Nie pamiętam, czy „Małego Księcia” pierwszy raz przeczytała mi mama, czy sięgnęłam po niego sama. Nie mam wspomnień związanych z pierwszym zetknięciem się z tą książką, ale powracałam do niej potem wielokrotnie. Ciągle wpadała mi w ręce i za każdym razem znajdowałam nowy sens w znanych mi już słowach. Uwielbiałam ją jako dziecko, gdy byłam nastolatką, powodowała u mnie wewnętrzny bunt i niepokój, potem towarzyszyła różnym doświadczeniom życiowym – i za każdym razem skupiałam się na innych fragmentach. Jest jedną z niewielu książek, z których spisywałam cytaty. Miałam kilka egzemplarzy, które gdzieś zostawiłam, zniszczyłam, pożyczyłam i nigdy nie odzyskałam albo umyślnie oddawałam z zaznaczonymi fragmentami. Druga taka ważna książka to „Forrest Gump” – uświadomiła mi, że się starzeję. Kiedy czytałam ją pierwszy raz, miałam może 14 lat i wtedy wydawała mi się urokliwą bajką. Gdy potem znowu po nią sięgnęłam, odniosłam wrażenie, że czytam zupełnie nową historię. Miałam trudny okres w życiu, pamiętam, że bardzo chciałam wyjść z domu i zacząć biec, jak główny bohater. Chyba nawet poważnie to rozważałam, ale forma nie dopisywała. „Biegnij, Forrest!” długo, mimochodem, pojawiało się w mojej głowie, gdy nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.

Magda Olszewska, copywriterka

Szczególny sentyment mam do „Zabić drozda”, wydania z 1971 roku. To jedna z pierwszych książek z dzieciństwa, które polecili mi rodzice. Egzemplarz był u nas w domu, odkąd pamiętam, a podczas przeprowadzki całkiem chcący przemyciłam go do swojego nowego mieszkania. Stary papier i pożółkłe strony szczególnie przypadły do gustu mojej suni, która pod naszą nieobecność dosłownie zasmakowała w literaturze. Bez większego bałaganu, z wrodzoną delikatnością zdjęła pyszczkiem starannie wyselekcjonowany egzemplarz z dolnej półki i przystąpiła do konsumpcji. Myślałam o renowacji okładki wraz z kilkoma ostatnimi kartkami powieści, ale ostatecznie zostawiłam ją w takiej wersji. Przede wszystkim ze względu na wspomnienia o ukochanym psie, którego już nie ma, ale też dlatego, że lubię przedmioty z historią, naznaczone nomen omen zębem czasu. Przy okazji muszę napomknąć o książce „Wielkie małe życie. Wspomnienia o radosnym psie” Deana Koontza. O tym, jak wiele możemy się nauczyć od psów i jak kochany czworonożny przyjaciel wywraca nasze życie dosłownie do góry nogami. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Do tej pory myślałam, że to mój pies był wyjątkowy, ale teraz to jasne, że każdy właściciel czworonoga wpada w taki szczególny stan zachwytu. Dean Koontz opowiada o swojej ukochanej suczce Trixie, która była szkolona na psa opiekuna osób niepełnosprawnych. Kiedy trafiła do jego domu, miała dwa lata i musiała zrezygnować z „kariery zawodowej” z powodów zdrowotnych. Autor z poczuciem humoru i niezwykłą subtelnością przedstawia portret psa i człowieka, a przede wszystkim łączącą ich więź. Wzruszająca i pełna ciepła historia, którą polecam każdemu.

Kasia Stadejek, redaktorka prowadząca strony internetowej

Książek mojego życia jest wiele; co jakiś czas zamykam jedną i myślę – oto nowa pozycja na podium. W tym momencie jednak pamiętam dwie, do których wracam regularnie. Pierwsza pozycja to „Nieśmiertelność” Milana Kundery. Znalazłam ją w domowej biblioteczce tuż przed wakacjami w czasach licealnych i przeczytałam na chorwackiej plaży za jednym posiedzeniem (tak też robię z większością książek, które wciągną mnie na amen, bez względu na liczbę stron). Fantastyczna jest jej fabuła, język, który zachwyca mnie u wszystkich czeskich pisarzy, postacie są barwne, a zakończenie zastanawiające i domykające całość w zgrabną pętlę. Gdy kończę, chcę zacząć od nowa – i za każdym razem wydaje mi się, że czytam trochę inną książkę. Druga ulubiona to „Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami” Oty Pavla. Długo się przed nią wzbraniałam, bojąc się kolejnego wątłego tomiku, którego albo nie zrozumiem, albo przeczytam w godzinę i odstawię na półkę. Nic bardziej mylnego. Śmiałam się przy każdym opowiadaniu – łączą się one we wzruszającą historię, ale dawkować można ją sobie powoli – i wylałam w nią morze łez (do tej pory nie wiem, czy nad bohaterami, czy nad sobą, bo emocje budzi ten tomik nieoczywiste) podczas podróży śmierdzącym autobusem PKS. Następnego dnia kupiłam cztery egzemplarze i rozdałam w święta najważniejszym dla mnie osobom. Wybaczcie, kinomani, ale czeskie kino to pikuś przy czeskiej literaturze!

Bartek Kieżun aka Krakowski Makaroniarz, bloger KUKBUK-a

Wydaje mi się, że jestem za stary, żeby być w stanie wybrać tę jedną jedyną książkę, tak zwaną książkę mojego życia. Wychowałem się na powieściach Joanny Chmielewskiej, którą czytałem na przemian z Tołstojem i Reymontem. Potem zaczytany egzemplarz „Gry w klasy” Cortázara woziłem ze sobą przez parę lat w plecaku. Została mi słabość do dzieł monumentalnych i totalnych, do takich, w których się przepada. Pewnie dlatego w księgarni chwytam największe tomiszcza. W ostatnich latach ogromne wrażenie zrobiła na mnie Donna Tartt i jej „Tajemna historia” oraz Jaume Cabré, autor wspaniałego „Wyznaję”. W wakacje drżałem nad każdą stroną cyklu „Patrick Melrose” Edwarda St Aubyna. Wszystko to nie zmienia faktu, że na wieki w głowie zostanie mi parę zdań. Leci to mniej więcej tak, cytuję z pamięci: „Jestem dzieckiem grzechu. To nieprawda, ale dobrze brzmi. Po raz trzeci zaczynam prowadzić pamiętnik i po raz trzeci umieszczam to zdanie na początku. Wnosi ono powiew romantyzmu, którego tak brak w moim obecnym życiu”. Halina Snopkiewicz i jej „Słoneczniki” towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo, bardziej nawet niż „Hrabia Monte Christo”, pewnie dlatego dziś ironią posługuję się sprawniej niż innymi narzędziami i jestem absolutnie przekonany, że „zdrowa ryba płynie zawsze pod prąd”.

Agata Wojda, nasza ulubiona szefowa kuchni, blogerka i felietonistka KUKBUK-a

Najważniejsza to „Moje drzewko pomarańczowe”, książka, którą napisał José Mauro de Vasconcelos. Odkrycie dzieciństwa, zupełnie przypadkiem. Wypożyczona z sekcji dla dorosłych, podkradnięta z maminej kupki książek. Wzbudziła zainteresowanie okładką. Przeczytałam i wpadłam w krainę nieszczęścia i rozpaczy. Młody Zeze w brazylijskich realiach, z dorosłym przyjacielem, surowy świat prostego wychowania, potrzeba dobrych emocji, prawo do dzieciństwa. Przetrzymałyśmy książkę do upomnienia bibliotecznego, a potem wypożyczałam ją wielokrotnie do momentu, gdy odkryłam, że nikt więcej nie chce jej czytać. Książka została przeze mnie uprowadzona. Wiem, to naganne, ale zapewniam wszystkich, że mój zapał do jej kolejnego czytania nie osłabł. Mam ją do dziś w tej wersji, nie pozwoliłam sobie na przeczytanie napisanej po latach kontynuacji. Ta powieść nie może się zestarzeć ani zdezaktualizować, bo jej wielka wartość tkwi w tym, co wówczas razem przeszłyśmy – oceany wylanych łez i ukształtowanie mojej dzisiejszej wrażliwości. Takie książki z dzieciństwa nie powinny być przez nas oceniane po latach, skoro wtedy tak bardzo były nam bliskie.

Małgorzata Machnicka, redaktor strony internetowej

Na mojej liście nie ma pozycji, którą mogłabym mianować tą „wszech czasów”, ale „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego, przeczytany niedawno, nie daje o sobie zapomnieć. Powieść w dużej mierze alegoryczna, chociaż oparta na wydarzeniach, które mogłyby być prawdziwe. To najsmutniejsza książka jaką kiedykolwiek czytałam i pierwsza, która wycisnęła prawdziwe łzy. Przekonuje, że nie ma nic bardziej okrutnego niż wojna. Odradzam w majówkę.


© KUKBUK 2018