Orbitalna łąka. O planach na przyszłość i 50-leciu spaceru po Księżycu - KUKBUK

Orbitalna łąka. O planach na przyszłość i 50-leciu spaceru po Księżycu

Pół wieku po lądowaniu na Księżycu musimy udźwignąć brzemię naszych niespełnionych marzeń i planów: architekci podboju kosmosu oczekiwali, że będziemy dziś zamieszkiwali żyzne równiny stacji orbitalnych. Cóż, przeliczyli się w swoich planach i postanowieniach. Każdemu się zdarza.

Tekst: Przemek Bociąga
Zdjęcie główne: NASA / ID Number AC76-0628

Nowa dekada zaczęła się zaledwie pół roku po tym, jak człowiek po raz pierwszy postawił nogę na Księżycu. Lata 70. po prostu musiały być czasem niepohamowanego optymizmu, jeśli chodzi o przyszłość ludzkości. Zaledwie kilka lat później NASA spisała – i zilustrowała – swoje postanowienia noworoczne: miasta szczęśliwe w przestrzeni kosmicznej. Niestety, jak to z takimi postanowieniami bywa, rzeczywistość nieco je zweryfikowała.

W połowie lat 70. dla amerykańskiej agencji kosmicznej pracował sztab specjalistów z różnych dziedzin. Był wśród nich ilustrator Rick Guidice, którego zadaniem było tworzyć – pod dyktando inżynierów ery wiary w podbój kosmosu – koncepcyjne szkice ludzkiego habitatu w przestrzeni.

Obrazy kipią kolorami, a zwłaszcza zielenią. Retrofuturystyczna estetyka nie zestarzała się w ogóle; podobnie jak rok starsza od księżycowego kroku „2001: Odyseja kosmiczna”, prezentuje najświeższą i najpiękniejszą wizję dizajnu przyszłości. Gdyby ktoś kręcił dziś pełnometrażową wersję Jetsonów jako blockbuster (mamo, proooszę!), widziałbym tę ekranizację właśnie w tego typu przestrzeniach.

Jetsonowie byli semantyczną zabawą pokazującą – do spółki z Flintstonami – to, jak nasze życie nie zmienia się na przestrzeni lat. Żona Freda Flintstona zabierała mężowi pieniądze i zabraniała mu wieczornych wyjść z kolegami tak samo jak żona George’a Jetsona. Szef obu był wcieleniem tego samego rozwrzeszczanego, wiecznie niezadowolonego z wyników i wstrzymującego podwyżki przełożonego. Dzieci w epoce kamiennej psociły z małym dinozaurem tak samo jak tysiące lat później dzieci epoki kosmosu z obdarzonym sztuczną psią inteligencją robopsem (psobotem?).

Ilustracje Guidice’a pokazują, że wyobrażenie o kosmosie jako rozszerzeniu Ziemi nie były tylko domeną bajek dla dzieci. To obrazki pełne zielonych dolin, lasów poprzecinanych strumykami, przez szerokie, przejrzyste panele wpada światło słońca (lub innej pobliskiej gwiazdy) i roztacza się widok na sąsiednie planety, wielkie i dekoracyjne. Z zewnątrz tymczasem wyglądają dziwacznie, wariant o nazwie Sfera Bernala (projekt jeszcze z lat 20.) przypomina żarówkę w gołej oprawce.

fot. NASA / ID Number AC76-0965

Druga kolonia jest cylindryczna, z trzema pasami lasów, łąk i wiosek, poprzecinanymi trzema doświetlającymi megaoknami. Wyglądają jak trzy panoramiczne pejzaże idyllicznej wioski naklejone we wnętrzu kalejdoskopu. Podobno Gerard O’Neill, szef zespołu badawczego NASA, nalegał na odtwarzanie na ilustracjach bukolicznego wyobrażenia o angielskiej, niezbyt gęsto zaludnionej prowincji. Ciekawe, czy miał w planach także budowanie w kosmosie neogotyckich kościółków.

W projekcie numer trzy kolonia ma kształt torusa – „dwuwymiarowej powierzchni obrotowej zanurzonej w trójwymiarowej przestrzeni” (pamiętacie, jak Stephen Hawking tłumaczył w „Krótkiej historii czasu”, że czasoprzestrzeń może mieć kształt samochodowej dętki? Ta dętka to właśnie torus). Na ścianach dętki zbudowana jest kolonia kalifornijskich domków, połączonych siecią dwupasmowych dróg; wydaje się trochę absurdalne, że zbudowawszy kolonię orbitalną, wciąż potrzebujemy prymitywnej komunikacji kołowej. Samochodów zresztą nigdzie nie widać. Zostały tylko drogi.

Ich malownicze wstążki razem z lasami, jeziorami i rzekami pokazują głębszą prawdę o człowieku – istocie, który do nowości ma stosunek raczej mieszany. Pokazują to nazwy epoki kolonizacji. Anglicy wcale nie chcieli odkrywać Nowego Świata – chcieli Nowej Anglii. Holendrzy założyli sobie w pobliżu miasto, które nazwali Nowym Amsterdamem. Kiedy przypadło w udziale anglosaskim kolonistom, przemianowano je – kreatywnie – na Nowy Jork, dziś znacznie lepiej znany od oryginalnego Yorku. Dokądkolwiek się ludzie ruszyli, ich toponimia wyrażała błogą nadzieję na more of the same.

Zakrzywiamy czasoprzestrzeń i po chwili budzimy się w 2019 roku. Co mamy? Ludzi na orbicie? Odhaczone. Ale hotele, wille i miejskie targowiska? Na razie udało się wyhodować kilka listków sałaty rzymskiej, które kosmonauci zjedli potem z octem balsamicznym. Prawdopodobnie na smak, jak to często bywa, wpływ musiało mieć poczucie triumfu.

fot. NASA / ID Number AC76-1288

A także fakt, że na stacji kosmicznej rzadko kiedy je się coś świeżego. Rzadko kiedy w ogóle życie jest normalne i jakkolwiek przypomina to na Ziemi. Dłuższy pobyt w stanie nieważkości musi być fascynującym doświadczeniem (choć na pewno z czasem wkurza i nuży), ale życie codzienne w kosmosie to zapewne powód do narzekań. Wszystko na rzepy, jedzenie antygrawitacyjnymi sztućcami, kosmiczne podgrzewacze dań samolotowej jakości, wystrój wnętrz z alufolii, gołych śrub i białego laminatu… niedokładnie to ludziom ery kosmicznej obiecywały ilustracje Guidice’a.

Z drugiej strony jedzenie w „Odysei kosmicznej” (datowanej na 2001, nakręconej w 1968) prezentowało się jeszcze gorzej. Tam z podgrzewacza wychodziły rzeczywiście tylko papki (zresztą wydaje się, że do ucztowania zdolny byłby jedynie HAL), podczas gry prawdziwi mieszkańcy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej urządzają sobie czasem nawet wieczorki z pizzą! Mogą też sięgnąć do spiżarni po zwykłe ziemskie cukierki. Jedyny problem może polegać na tym, że podjadają sobie nawzajem; turnus na ISS na pewno z łatwością przekonuje ludzi do maksymy Sartre’a, że „piekło to inni”.

 

 

Pół wieku po lądowaniu na Księżycu (oraz w kinie na „2001: Odysei kosmicznej”) i po wyobrażeniach życia w kosmosie nie jesteśmy więc ani tu, ani tu: nie zbudowaliśmy na orbicie ogrodu rozkoszy ziemskich, wciąż jeszcze nie wciągamy przez rurkę odżywczych papek – w każdym razie nie wszyscy. Żyjemy normalnym życiem, takim samym jak teraz, tylko trochę bardziej.

Najlepiej ilustruje to anegdotka wyjaśniająca, dlaczego kostiumy w filmie „2001: Odyseja kosmiczna”są tak powściągliwe. Otóż projektował je dla Stanleya Kubricka znany wówczas angielski projektant sukien Elżbiety II i tradycyjnych męskich kolekcji Hardy Amies. W swojej biografii wspomniał o tym zadaniu tylko tyle: „Akcja filmu rozgrywała się za 50 lat. Spojrzałem więc 50 lat w przeszłość i zauważyłem, że stroje niewiele się zmieniły od tego czasu. Sam więc też niewiele je zmieniłem w stosunku do dzisiejszych. A że Rosjanie pozostają dodatkowo trochę zapóźnieni, rosyjscy naukowcy w orbitalnym Hiltonie noszą zupełnie dzisiejsze stroje”. Innymi słowy: przyszłość jest dziś, tylko cokolwiek dalej.

Kiedy jednak widzę wielki torus (tym razem na ilustracji Sfery Bernala), wewnątrz którego piętrami hodowane są zwierzęta i uprawiane rośliny według systemu tradycyjnego do tego stopnia, że do obsługi używa się traktorów, trochę mi śmieszno. Czy ci naukowcy epoki kosmicznej naprawdę nie dostrzegali, jak „wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu” (jak pisał Lampedusa)? Czy planowali wydatkować energię ludzkości na wożenie na orbitę nawozu i traktorów?

fot. NASA / ID Number AC78-0330

Wieczną skazą naszych planów na przyszłość jest ich totalny charakter: myślimy, że skoro możemy sobie coś wyobrazić, to znaczy, że jest to możliwe do osiągnięcia. Zaczynamy więc o tym marzyć, a wtedy coache i głupie obrazki w internecie podpowiadają nam, że jeśli do marzeń dołączymy deadline, otrzymamy plan. W ile takich planów wpakowaliśmy się w historii tylko dlatego, że coś ładnie wyglądało na obrazku?


© KUKBUK 2018