Na Plutona i jego kawę! – o tym, jak wielka polska marka powróciła na rynek - KUKBUK
reklama

Na Plutona i jego kawę! – o tym, jak wielka polska marka powróciła na rynek

W 1880 roku Tadeusz Tarasiewicz zamknął swój sklep z betonem w Krakowie i razem z rodziną oraz skromnym dobytkiem przeprowadził się do Warszawy. Nie miał pomysłu na życie. Jeszcze.

Tekst: Kasia Siewko

Otworzył przedsiębiorstwo Pluton – pierwszą w Polsce markę kawy z własną palarnią. Warszawiacy podchodzili do tego wynalazku z dystansem. Do tej pory sami prażyli ziarna na patelniach – nie mogli więc zrozumieć, dlaczego kawa Tarasiewicza była taka droga. On miał jednak intuicję biznesową, jakiej nie powstydziłby się żaden dzisiejszy CEO. W międzywojniu w samej Warszawie pod marką Pluton działało 20 sklepów. Woli walki i rodzinnej pasji nie zgasiły zabory, pierwsza ani druga wojna światowa. Wraz z nastaniem nowego systemu, w latach 50., po dekrecie Bieruta Pluton ogłosił bankructwo i znikł z mapy Polski na ponad pół wieku. Walkę, by przywrócić Plutona na polskie półki, podjęli Michał Kmiecik i Anna Sobocka, znajomi pracujący wspólnie w firmie produkującej herbatę. Dlaczego? Uważają, że tak jak literatura, architektura i sztuka, wielkie polskie marki są częścią wspólnego dziedzictwa. 

Czy pamiętacie, kiedy pierwszy raz usłyszeliście o Plutonie?

Michał Kmiecik: To był kwiecień, trzy lata temu. Mam takie hobby, że zbieram stare książki i czasopisma, trafiłem na wzmiankę o Plutonie w „Tygodniku Ilustrowanym” z 1905 roku, to zdaje się była reklama. Zacząłem szukać informacji na temat Plutona. Okazało się, że przed wojną była to firma wielkości Wedla. Nie mogłem zrozumieć, jak to się stało, że już jej nie ma. Przekopywałem archiwa i dokumenty, coraz bardziej mnie to pochłaniało. Trafiłem na książki Kordiana Tarasiewicza, ostatniego dyrektora zarządzającego przed wojną, dzięki któremu firma mogła się potem reaktywować. Po tym, jak w 1950 roku Pluton zbankrutował, Tarasiewicz w sześć lat spłacił długi wobec państwa. Tak firma została w rękach rodziny, a my mogliśmy się z nią skontaktować i zrealizować nasz plan.

Nic dziwnego, że zaczęło się od reklamy z „Tygodnika Ilustrowanego”, w końcu Pluton słynął z przemyślanej identyfikacji wizualnej i – jak byśmy to dziś nazwali – kolaboracji ze znanymi artystami: Jerzym Hryniewieckim, Erykiem Lipińskim…

M.K.: Wcześniej razem z Anią pracowaliśmy w firmie produkującej herbatę, więc prawdopodobnie to, że akurat zwróciłem uwagę na reklamę Plutona, wiązało się z zainteresowaniami zawodowymi. W jednej ze swoich książek Kordian Tarasiewicz opowiada, że na przełomie XIX i XX wieku, jeśli firma się reklamowała, wszyscy myśleli, że ma kłopoty. W dobrze prosperującym przedsiębiorstwie informacje przekazywane są z ust do ust.

Pluton wyznaczał trendy w marketingu. Architekt Jerzy Hryniewiecki, autor między innymi katowickiego Spodka, zaprojektował charakterystyczne logo z płomieniem, które stało się inspiracją dla naszego dzisiejszego znaku. Działania marketingowe, o których dziś myślimy, że są doskonałym i innowacyjnym pomysłem, jak product placement, były wykorzystywane przez rodzinę Tarasiewiczów. Adolf Dymsza na przykład na scenie teatralnej wypowiadał kwestię „Na Plutona i jego kawę!”.

Co was urzekło w historii Plutona?

Anna Sobocka: Historia Tarasiewiczów i Plutona to rewelacyjna lekcja przedsiębiorczości. Firma przetrwała czasy carskie, pierwszą wojnę światową, wielki kryzys, drugą wojnę światową – a nawet zwiększyła wtedy dwukrotnie zatrudnienie. Niestety, nie przetrwała nowego, powojennego systemu politycznego ze względu na przejęcie nieruchomości i nałożenie domiaru podatkowego. Niesamowite w Plutonie było zarządzanie pracownikami…

Można powiedzieć, że Pluton wyprzedzał swoje czasy. To było pierwsze polskie etycznie działające przedsiębiorstwo, które w dzisiejszych czasach prawdopodobnie otrzymywałoby liczne nagrody i wyróżnienia. Pracownicy mieli udziały w akcjach, wysokie pensje, mieszkania, a ci niepiśmienni zagwarantowaną naukę.A.S.: W książce „Zapach świeżej kawy” Tarasiewicza jest wiele wspomnień pracowników. Potwierdzają one ich zaangażowanie w życie firmy, i to nie tylko tych na wysokich stanowiskach. W czasie okupacji pracownicy dobrowolnie przychodzili do siedziby spółki doglądać majątku, a po drodze chowali się w bramach przed nalotami. Zdarzały się takie historie, że Niemcy rekwirowali worki z kawą, pracownicy namierzali, która jednostka przejęła kawę, i zwracali się do generała z prośbą o zapłatę – i tę ostatecznie otrzymywali.

M.K.: W trakcie pierwszej wojny światowej jeden z pracowników odzyskał nawet wagon kawy zza linii frontu! W 1915 roku najpierw wyprawił się do Finlandii, później do Petersburga i sprytnymi sposobami udało mu się sprawić, żeby wagon został podczepiony do wojskowego pociągu jadącego do Polski. Ostatecznie towar trafił na swoje miejsce. Te wszystkie rzeczy, o których rozmawialiśmy – korzyści pracownicze – przekładały się na realne zaangażowanie.

Jak to się stało, że Pluton został reaktywowany?

A.S.: Udało nam się skontaktować z wnukiem Kordiana Tarasiewicza. Spotkaliśmy się, rozmawialiśmy mniej więcej przez półtora roku. To było wiele spotkań i negocjacji.

Jaka była jego reakcja?

A.S.: Reaktywowanie marki było wielkim marzeniem Kordiana Tarasiewicza, którego spełnienia niestety nie doczekał. Miał nadzieję, że po odzyskaniu pieniędzy za grunt na Żytniej będzie mógł reaktywować firmę – stworzyć w tym miejscu kawiarnię. Niestety, zamiast środków, które na ten cel mógłby przeznaczyć, otrzymał ziemię z konkretnym planem zagospodarowania, w który w żaden sposób nie wpisywała się kawiarnia. A jaka była reakcja? Mam nadzieję, że rodzina jest zadowolona.

M.K.: Długość naszych rozmów wynikała z tego, że niezbędne było nabranie do nas zaufania, osłuchania się z wizją, która od początku była zgodna z filozofią Plutona. Musieliśmy przekonać, że jesteśmy godni, by kontynuować to, co zaczęto wiele lat temu. To w końcu dziedzictwo rodziny. Prawda jest taka, że nie chcemy dwudziesty rok z rzędu pić tej samej kawy. Ludzie szukają historii i fajnie, gdy coś za tą zwykłą, codzienną kawą stoi. Autentyczność, tradycja mogą bardzo pomóc, jeśli idzie za tym odpowiednia jakość produktu, a wszystko jest spójne. Nie wystarczy nakleić na opakowanie logo Plutona, a w środku umieścić kawę importowaną z jakiejś mętnej palarni w Indiach. To cała filozofia działania. Namawiamy do patriotyzmu gospodarczego, w związku z tym pracujemy tylko z polskimi sieciami handlowymi. To historia o budowaniu zaufania. Pluton miał wspaniałą tradycję, która została brutalnie przerwana – my nie chcemy z nią zrywać, a godnie ją kontynuować. To finalnie przekonało rodzinę, że warto to z nami zrobić.

Ta historia chyba bardzo pomaga w kreowaniu nowej starej marki.

M.K.: Dziesięć lat pracowaliśmy w dużej firmie z podobnej branży i nie dostaliśmy nigdy nawet jednego takiego e-maila, jakich dziesiątki czy setki spłynęły do nas do tej pory w sprawie Plutona. Ludzie przeszukują rodzinne archiwa, przesyłają nam zeskanowane zdjęcia, dzielą się historiami – to niesamowite wsparcie i siła napędowa.

Kiedyś ziarna Plutona można było znaleźć u Bliklego, Wedla, w Café Bristol. Gdzie dziś wypijemy i zdobędziemy waszą kawę?

A.S.: W polskich sieciach. W salonach Krakowskiego Kredensu w całej Polsce, a w Warszawie w sklepach Piotr i Paweł i sieci Społem. Mamy oczywiście sklep internetowy.

Podczas drugiej wojny światowej Tarasiewiczowie mieli kawiarnię – Fregatę na Mazowieckiej. Czy jest szansa, że kawy spod szyldu nowego Plutona napijemy się gdzieś stacjonarnie?

A.S.: Mamy swój mały przyczółek kawowy na Nowym Świecie, w Krakowskim Kredensie, ale można tam tylko wziąć kawę na wynos. Chcemy podjąć rozmowy z lokalami, w których Pluton był obecny, a które zostały już wspomniane – Blikle, Wedel, Hotel Europejski, Bristol…

M.K.: Otworzenie kawiarni nawet nie zalicza się do małych kroków, to byłby duży skok. Jest oczywiście w obszarze naszych zainteresowań. Pamiętamy, że marzenia Kordiana Tarasiewicza o reaktywacji Plutona wiązały się z kawiarnią, która kontynuowałaby herbaciano-kawowe tradycje Polski. Pluton nie był jedyną firmą kawową przed wojną. PRL jednak te tradycje zatarł.

W międzywojniu Pluton zaopatrywał się na plantacjach w Angoli i Kongu, z jakimi plantacjami współpracujecie dzisiaj?

A.S.: Wcześniej to były bardzo różne miejsca, ale przede wszystkim Brazylia. I tę tradycję chcemy kontynuować.

Opowiedzcie trochę o dostępnych dziś w Plutonie ziarnach. Do wyboru są dwa warianty: gold i black. Jaki mają profil sensoryczny?

A.S.: Gold to 100% arabiki z regionu Mogiana w Brazylii, a black to blend arabiki (80%) i robusty (20%).

M.K.: Black ma bardzo niską kwasowość oraz posmak ciemnej czekolady i orzechów. Gold jest bardzo delikatny, jaśniej palony. Ma przyjemną, owocową kwasowość.

A do jakich metod zaparzania są przeznaczone? Nadają się do ekspresów ciśnieniowych, metod alternatywnych, przelewowych?

M.K.: Są bardziej sprofilowane pod ekspresy ciśnieniowe i kawiarki. Gold fajnie wypada w przelewach, zachowuje się ta kwasowa nuta, która przechodzi przez filtr.

Wasza kawa zyskała oznaczenie specialty. Możecie powiedzieć, co to dokładnie oznacza?
A.S.:
Takie oznaczenie zostało przyznane kawie ziarnistej gold – to znaczy, że ziarna zostały ocenione przez quality graderów na powyżej 80 punktów w 100-punktowej skali. Należy mieć na to odpowiedni certyfikat, gdy kupuje się ziarna niepalone. To najwyższa możliwa kategoria oceny ziaren kawy. Pod uwagę brane są środowisko wzrostu, ewentualne defekty, rodzaj obróbki…

Co ważne, liczy się również aspekt etyczny. Na plantacjach, które wypuszczają ziarna specialty, nie spotkamy wyzysku pracowników, z jakim trzeba się liczyć, sięgając po kawy przemysłowe…

M.K.: Pozyskujemy ziarna w formie direct trade. Ta ścieżka jest w pełni kontrolowana.

Właśnie, a jak dzisiejszy Pluton – najstarsza polska marka kawy – ma się do popularnej współcześnie trzeciej fali kawy? Kawiarni specialty, niewielkich rzemieślniczych palarni…?

M.K.: Żeby przejść od kawy przemysłowej do trzeciej fali, w której stawia się na kawę bardzo jasno paloną, trzeba liczyć się z dużym szokiem. Taka kawa ma bardzo wysoką kwasowość. Nie ma tylko tak zwanego smaku kawy, czyli goryczy i ciężkości. My wpisujemy się gdzieś pomiędzy. W kawach przemysłowych chodzi o powtarzalność produktu, stąd ten profil palenia jest ciemniejszy, a na opakowaniu nie podaje się kraju pochodzenia. Przez to, że ten profil jest ciemny, łatwiej równać smak niezależnie od tego, skąd pochodzi ziarno. Nasza kawa jest rzemieślnicza, dominują w niej tak zwane bezpieczne nuty – czekolada i orzechy – smaki, które lubi dziewięć na dziesięć osób, zgodnie z naszymi badaniami. Czujemy więc, że jesteśmy w połowie drogi, i dążymy w kierunku zmian, które zachodzą na rynku. Nasze myśli ciepło zmierzają w kierunku trzeciej fali.

Trzeba pamiętać, że w dalszym ciągu większość osób pije kawę, bo jest to dla nich czynność powtarzalna – chcą się pobudzić, szukają dobrze znanego sobie smaku.

Szacuje się, że kawy niszowe to zaledwie 1% całego rynku kawy w Polsce.

Jak wyglądał proces dochodzenia do idealnego smaku waszej kawy?

A.S.: Nie zachowały się niestety dokładne receptury z czasów Tarasiewiczów. Wiedzieliśmy tylko, że to było palenie rzemieślnicze, ciemne i skąd pochodziły ziarna. Przeprowadziliśmy kilka badań, żeby zobaczyć, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Jeździliśmy na różne cuppingi i szkolenia, by znaleźć ten konkretny smak.

M.K.: Można powiedzieć, że trwało to dwa lata. Gdy zdecydowaliśmy, że rozpoczynamy tę plutonową przygodę, zaczęliśmy bardzo intensywnie poznawać ten świat. Cuppingi nas zaskakiwały – to, że kawom trzeciej fali bliżej w smaku do niektórych herbat. Po odrobionej lekcji teorii przeszliśmy do prób. Pierwsze testy były dosyć bolesne. Wróciły do nas wyniki osób testujących to, co wydawało nam się dobre, w swoim domowym zaciszu, by mogły one sprawdzić naszą kawę w naturalnych dla siebie okolicznościach, i okazało się, że nie jest idealnie… Wyciągnęliśmy naukę i otrzymaliśmy produkt, z którym dziś jesteśmy na rynku.

wnetrze_sklepu

© KUKBUK 2018