Kulinarny przewodnik po Walencji - KUKBUK

Kulinarny przewodnik po Walencji

Wszechobecna zieleń, bliskość morza i portu, tapas na każdym kroku oraz napój bogów – Agua de Valencia – w cenie menu del dia. Walencja to doskonały kompromis między najpopularniejszymi hiszpańskimi kierunkami, Barceloną i Madrytem, do tego kulinarnie ma nie mniej do zaoferowania.

Tekst: Kasia Siewko

Bez względu na to, w której części Półwyspu Iberyjskiego się znajdziemy, bary tapas są obowiązkowym przystankiem w trakcie kulinarnych wędrówek po hiszpańskich ulicach. Smażone kalmary to lokalny klasyk – w Walencji wszędzie smakują jak marzenie. W poszukiwaniu idealnego baru tapas należy poddać się instynktowi i nasłuchiwać, gdzie obce języki ustępują miejsca hiszpańskiemu. Spacery uliczkami starego miasta zaprowadziły nas do uroczego Cordellats, gdzie poza wyśmienitymi kalmarami uśmiechnięty właściciel ugościł nas doskonałymi oliwkami i bocadillos, rustykalnymi kanapkami na bagietce, z wędzonym kurczakiem.

Tapas1

W morzu barów tapas i hałaśliwych restauracji żerujących na naiwności turystów jest jedno miejsce, w którym łączą się ścieżki kulinarnych hedonistów oraz obwarowanych aparatami cyfrowymi i przewodnikami podróżników – to Mercado Central, jeden z najstarszych marketów w Europie. Wzniesiony na początku XX wieku i budowany przez dekadę, do dziś pozostaje perłą architektury miasta. Na 8 tysiącach metrów kwadratowych i blisko 900 stoiskach znajdziemy kulinarną esencję tego regionu Hiszpanii. Po wejściu do środka bogactwo kolorów i zapachów jest równie zachwycające jak imponująca architektura. Jeśli macie możliwość gotowania w czasie pobytu w Walencji, nie ma lepszego adresu, by zaopatrzyć się w składniki. To również doskonałe miejsce, by skosztować tapas z gwarancją użycia najlepszych produktów. W drodze na miejski piknik można tutaj kupić pieczoną dynię, bocadillos z szynką serrano lub chorizo, sałatki owocowe, najlepsze oliwki z walenckich gajów i serrano z melonem. A wszystko w cenie 2-4 euro. Spróbowaliśmy tu tortilli de patatas, czyli omletu z jajek, ziemniaków i cebuli, obowiązkowo podanego z sosem aioli – fundamentem kuchni śródziemnomorskiej, świętością Hiszpanów równą codziennej sjeście. Zaopatrzeni w ziemniaczane placki, mango, ananasa i oliwki ruszyliśmy w kierunku ogrodów Turii – długiego na 7 kilometrów parku mieszczącego się w dawnym korycie rzeki. Kosztowna transformacja terenu miejskiego i zmiana biegu Turii miały uchronić miasto przed powodziami, które w przeszłości niszczyły zabudowania i odbierały ludziom życie.

Dziś ogrody są ewenementem na skalę światową – ulubionym centrum rekreacji miejscowych i turystów. Są tu place zabaw, boiska, skateparki, ścieżki rowerowe i idealne na piknik miejsca w cieniu palm.

Chociaż wiele hiszpańskich miast przypisuje sobie pochodzenie paelli, wiele faktów przemawia za tym, że największa kulinarna duma Hiszpanów wywodzi się z Walencji. Najbardziej typową dla tego regionu odmianą dania jest paella de Valencia z mięsem kurczaka i królika oraz klasyczna wariacja z tym, co najlepszego daje temu miastu morze – jego owocami. Nie udało nam się dotrzeć do rekomendowanych w sieci lokali o wieloletniej tradycji, takich jak Casa Roberto i La Riua, zamiast tego w trakcie naszego krótkiego pobytu w mieście zdecydowaliśmy się na zlokalizowane w bliskim sąsiedztwie Mercado Central bary otwierane tuż po sjeście. W tym czasie przeżywają one prawdziwe oblężenie, a co ciekawe, stoliki w większości są zajęte przez miejscowych. W godzinach szczytu byliśmy świadkami niesamowitej organizacji kelnerów i kuchni, którzy tańczyli na naszych oczach z naręczami patelni z paellą i karafkami sangrii. Owoce morza były świeże i kapitalne, sam ryż, przysmażony, stracił jednak na świeżości. Polecamy ten kierunek bardziej w celu doznań samych w sobie – jedzenia w centrum tętniącego życia placu przy akompaniamencie ulicznych grajków.

Z adresów śniadaniowo-deserowych radzimy odwiedzić mekkę słodkich wypieków – kawiarnię i bistro Dulce de Leche – i zamówić tam flagowy wypiek, sernik z kajmakiem. Miłość Hiszpanów do słodyczy objawia się w obecności panaderii, czyli piekarni ze sporym asortymentem słodkości, na każdej ulicy. Oprócz wypieków z ciasta kruchego, których Hiszpanie pozazdrościli swoim północnym sąsiadom, w małych piekarniach i cukierniach znaleźć można fartons, miękkie biszkoptowe paluchy, czy pastissetę – smażone na głębokim tłuszczu ciasto wypełnione migdałowym nadzieniem. Większość tych wypieków polecana jest do zjedzenia w towarzystwie najpopularniejszego w tym regionie bezalkoholowego napoju, horchaty de chufa, którą walencjanie przedkładają nad poranną kawę. To słodki napój zrobiony z orzechów tygrysich, wody i cukru. Nie wiedząc, czego się spodziewać, skierowaliśmy kroki do najstarszej i najpopularniejszej horchaterii (tak, ten przedziwny napój ma nawet poświęcone sobie lokale!) Santa Catalina. Degustacja napoju była przeżyciem… wyjątkowym.

Horchatę można by określić jako ulepek z drożdżowo-aptecznym posmakiem, o konsystencji krochmalu.

Po obserwacji okolicznych stolików możemy stwierdzić, że reakcje turystów były bardzo podobne do naszych, z kolei miejscowi w Santa Catalina raczyli się… churros. Jeśli chodzi o napoje alkoholowe, wybór jest prosty – Agua de Valencia. Ten boski nektar składa się z soku z walenckich pomarańczy (obok oliwek i orzechów tygrysich naturalnym bogactwem walenckiej ziemi są cytrusy, rosnące na ulicach i podmiejskich farmach), ginu, wódki, hiszpańskiego wina musującego i szczypty cukru. Przy dzbanku tego lokalnego specjału i obfitości tapas można przegadać z towarzyszami podróży pół nocy pod walenckim niebem!


© KUKBUK 2018