Konfitury z podłogi, kogut śpiący na słomiance. W kuchni u Iwaszkiewiczów - KUKBUK

Konfitury z podłogi, kogut śpiący na słomiance. W kuchni u Iwaszkiewiczów

„Ty, Ojcze, zawsze piszesz w książkach, co jedli. Ja nienawidzę książek, które doprowadzają bohaterów do stołu i dalej nic” – skarżyła się w listach Maria Iwaszkiewiczowa. Właśnie ukazała się książka, gromadząca przepisy z jej rodzinnego domu i anegdoty, które wokół nich krążyły.

Autor: Maria Iwaszkiewicz
Zdjęcia: NAC / materiały prasowe

Dni powszednie

Z kuchnią wiążą się moje najmilsze wspomnienia. Z kuchni w rodzinnym domu nie można mnie było wyciągnąć, choć stałe przesiadywanie tam było zabronione. Marzy mi się zawsze napisanie wspomnień, które byłyby wspomnieniami z kuchni, obrazem życia oglądanego oczyma dziecka właśnie z tego serca domu.

Najdawniejsze moje wspomnienie to kuchnia w naszym warszawskim mieszkaniu na Górnośląskiej. Dom ten już zresztą nie istnieje. Typowa warszawska kuchnia w jednym z typowych warszawskich mieszkań. Rozkład ich był na ogół identyczny. Ciemny stołowy pokój ze skośnym balkonikiem na podwórze. Na tym balkoniku za życia mego dziadka, słynnego myśliwego, wisiała zwierzyna i stamtąd trafiała do kuchni, wędrując przez długi, zupełnie ciemny korytarz, z którego były wejścia do różnych przyległości, jak spiżarnia, łazienka, mały pokój zwany służbówką, w którym ujrzałam świat.

W kuchni – od kiedy pamiętam – rezydowała Pawłowa, kucharka. Pochodziła z Suchedniowa. Pawłowa była u nas w rodzinie przez lat trzydzieści. Początkowo gotowała świetnie, później, na starość, nie chciała za nic pewnych potraw przyrządzać. Niezbitym argumentem było: „nie bedom jedli”, i choć błagaliśmy i przekonywaliśmy, że właśnie będziemy jedli, nic nie pomagało. Do takich znienawidzonych przez nią potraw należały placki ziemniaczane. Pewnego razu, gdy chcieliśmy je zrobić sami, Pawłowa nie dała się wyrzucić z kuchni i nie pozwoliła zrobić placków. Miała kapitalne powiedzenia, krążące do dziś dnia u nas w rodzinie, jak na przykład: „ryba to głodne jedzenie”. I rzeczywiście, ile trzeba by zjeść ryby, żeby się najeść. Specjalnością Pawłowej była zupa neapolitańska. Jest to po prostu zupa na chudym rosole zaprawiona śmietanką, z makaronem z tartym serem wrzuconym tuż przed podaniem na stół. Osobno podawało się jeszcze dodatkowy tarty ser i pokrojony koperek.

Pawłowa przeżyła z nami całą okupację. Przynosiła do domu różne wiadomości, a gdy chciała, by jej wierzono, by uwiarogodnić jakąś wiadomość z targu lub sklepiku, mówiła: „To prawda, to mężczyźni mówili”. Tym sposobem z góry wykluczała zarzut: babskie gadanie. Ale to było później, już w Podkowie, a na razie zaczęłam wspominać kuchnię w Warszawie.

Rezydował w niej jeszcze służący mego dziadka Jan, który jeździł z dziadkiem na polowania, a potem przeprowadzał przez telefon rozmowy w rodzaju: „…tak, byliśmy, zabiliśmy parę zajęcy, dzika…”. Jan wielbił kawę i zawsze narzekał, że mu jej skąpią. Z Pawłową się kłócił, wyśmiewając jej obłędną miłość do wnuków, dziewczynki i chłopca. Dziewczynka była moją pierwszą i najukochańszą w owych czasach przyjaciółką, towarzyszką wszystkich zabaw. Jan odszedł od nas po śmierci dziadka, nie pogodziwszy się z Pawłową. Posłużył jako wzór postaci starego służącego w powieści mego Ojca Zmowa mężczyzn. W mieszkaniu na ulicy Górnośląskiej przeżyliśmy przewrót majowy. Siedziałam w korytarzu pod piecem, wtulona między rodziców. Pawłowa chodziła ze spódnicą narzuconą na głowę. Kule świstały nad naszym domem. Strzelano z ogrodów sejmowych do Agrykoli…

Ale przeniosłam się do korytarza, a tu trzeba o kuchni. Kuchnie miały dawniej osobne wejścia i schody. Nimi przychodzili dostawcy, robotnicy, węglarz, tak zwany człowiek do trzepania dywanów i wielkich porządków, wreszcie stróż. Zwykle jeszcze przychodził do młodszej kucharki robotnik „narzeczony”. Już niezbyt dobrze to pamiętam. Na lato jeździliśmy do Podkowy Leśnej. W starej drewnianej willi urzędowała w kuchni złośnica Wikcia. Podobno jedyną potrawą, jaką umiała znośnie robić, były mielone (wtedy mówiło się: siekane) kotlety cielęce. To zresztą nie jest takie łatwe, dobre kotlety zdarzają się rzadko. W 1928 roku przenieśliśmy się z Warszawy do Podkowy na stałe. Tam kuchnia była o wiele dostępniejsza i ciekawsza. Duża, jasna, przychodziło do niej mnóstwo ludzi wprost z ogrodu. Pawłowa przeniosła się z nami i dalej rządziła w kuchni. Chodziła na targi do Brwinowa, później jeździła do Grodziska Mazowieckiego we środy. Miała ukochanego koguta, który nie sypiał w kurniku, lecz na słomiance przed drzwiami. Zmarł śmiercią naturalną(…).

Podwieczorek z podłogi

Konfitury pojawiają się w wielu utworach prozatorskich naszych pisarzy. U mojego Ojca wielokrotnie jest mowa o robieniu i spożywaniu konfitur, na przykład w „Ogrodach”, w „Dniu sierpniowym”, w „Sławie i chwale”. W ukochanych książkach mojego dzieciństwa, których obecnie nie mam, a które pożyczyłam od Jerzego Ficowskiego, w „Skarbach” i „Pożegnaniu domu” Zofii Żurakowskiej, znajdują się stronice poświęcone opisom smażenia i jedzenia konfitur. Konfitury są wielokrotnie wspominane w literaturze rosyjskiej, na przykład podwieczorek u najstarszej córki Rostowów w „Wojnie i pokoju”. Zachował się list Chopina z Nohant ze wzmianką, iż właśnie smażą tu konfitury i wielkie stąd zamieszanie. Jakie tam robiono konfitury, nie wiem. Specjalnością francuską są przetwory z moreli, wchodzące w skład wielu francuskich deserów. Ale może też robiono konfitury z pigwy. Nasza pigwa nie udaje się specjalnie, jej owoc pozostaje twardy aż do jesieni, ale jadłam kiedyś taką konfiturę. Nie tyle smak, ile kolor jej był niezrównany, różowozłoty. Niewątpliwie w Nohant robiono galaretkę z porzeczek, szalenie lubianą i używaną we Francji w najróżniejszych okolicznościach.

Najzabawniejsze jest to, ze Ojciec sam nie umiał gotować. Kiedyś, będąc w Sandomierzu, robił sobie sam konfitury. Konfitury były też komponowane niebanalnie. Na przykład z wczesnych jabłek i wspaniałych, granatowych jeżyn, tych „z meszkiem”, jakie w Sandomierzu i w Kazimierzu w wielkich ilościach rosną po rowach i przy drogach. Nie wiem, dlaczego takie właśnie jeżyny u nas uważało się za te właściwe, w przeciwieństwie do leśnych, czarnych i gładkich. Dość, że Ojciec robił te konfitury na maszynce, pisząc w sąsiednim pokoju, zdaje się, opowiadanie Zygfryd. Konfitury wykipiały, Ojciec, nie przejmując się zbytnio, zebrał je z podłogi i gotował dalej, zgodnie z założeniem, iż ewentualne zarazki się „wygotują” (…).

Domek był położony przy katedrze, od strony absydy, nieco niżej. Z okien było widać wznoszącą się katedrę. Przy domku był malusieńki sad dzierżawiony przez Żydów. Cała rodzina pilnowała tego sadziku, siedząc na krzesłach postawionych na trawie. Bardzośmy się z nimi zaprzyjaźnili. Ojciec zabrał mnie do Sandomierza dwa razy.

Pierwszy raz, z ciocią Jadwigą, na parę dni. Drugi raz byłam w Sandomierzu z Ojcem i siostrą tuż przed wojną. Pojechaliśmy wtedy elegancko, samochodem, potem dalej do Krakowa i do Zakopanego. Z pobytu w Zakopanem zachowała się zabawna fotografia nad Czarnym Stawem. Wtedy właśnie jedyny raz widziałyśmy na własne oczy Witkacego. Na Krupówkach Ojciec powiedział:

– Patrz, Stasiu, to są moje córki.

A on, dobrze to pamiętam, popatrzył na nas ponuro, bez uśmiechu i rzekł:

– Wyłoniły się (czy wychynęły) z nicości.

Był bardzo niesamowity.

Z tegoż pobytu w Zakopanem zachowałyśmy też w pamięci Kornela Makuszyńskiego. Oczywiście czytałyśmy jego książki, bo nie było dziecka w Polsce, które by ich nie czytało. Makuszyński – jak to się często zdarza ludziom bezdzietnym – pisał prawie wyłącznie dla dzieci, uwielbiał dzieci i sam był przez nie uwielbiany. Do nas też odnosił się bardzo przyjaźnie. Trochę te jego nad nami zachwyty były jak dla nas – chowanych przez ciotki w bardzo trzeźwy i racjonalny sposób – za głośne i za teatralne. Ale posłuchać było miło. Wychylając się do nas z werandy kawiarni, wołał: – Zostańcie tu ze mną, niech stary jedzie sam do domu.

Nikt tak wtedy do dzieci nie mówił, byłyśmy zachwycone. Ale wracajmy do konfitur. W Sandomierzu Ojciec oczywiście wyciągnął „swoje” konfitury. Lecz miały one dość niecodzienną cechę – za nic nie chciały wyjść ze słoika. Słoik przewrócony do góry dnem też nie wylewał swej zawartości na talerzyk. Trzeba się było z nimi nieco mocować. Ale w smaku były bardzo dobre.

*Fragment książki „Kuchnia Iwaszkiewiczów. Przepisy i anegdoty”


© KUKBUK 2018