Dzienniki płomieni. Jak ogień uczynił nas ludźmi - KUKBUK

Dzienniki płomieni. Jak ogień uczynił nas ludźmi

„Jest jedna rzecz, którą chciałbym zrozumieć na temat ognia – powiedział D., rozpalając grilla. – Skąd moja fascynacja nim?” Chwilę wcześniej zdradziłem mu, że mam plan zbadania tej pierwotnej energii. Mój przyjaciel trafił w sedno: ogień fascynuje. Dlaczego?

tekst: Przemek Bociąga
grafika: Marcin Liwarski / KUKBUK

Odpowiedzi z książek mnie nie zadowalają. Odnoszą się do pierwotnej fascynacji, do jakichś trzewi naszej natury, tymczasem nawet nie wiem, czy jest jakaś pierwotna natura człowieka, którą mielibyśmy dziedziczyć przez pokolenia. Dlatego postanowiłem: w te wakacje będę palił ogień i szukał mojej własnej odpowiedzi*. (…)

Na opakowaniu krzesiwa było napisane, że 3 tysiące razy mogę z niego skrzesać snop iskier o temperaturze 2 tysięcy stopni. To nie może być trudne – pomyślałem. Dziś, jak prawdziwy jaskiniowiec, rozpalę ogień bez pomocy z YouTube’a.

Pierwszy snop iskier skrzesał nadzieję. Duży, jasny rozbłysk, magnezjowe drobinki tryskają przed siebie, padają na kłąb wysuszonej trawy. Sztyft, z którego lecą iskry, trzeba pewnie umieścić bardziej w głębi podpałki.

Dziesięć kolejnych skrzesań zweryfikowało optymizm. Po kolejnych 30 otworzyła się rana na palcu wskazującym, uderzającym rytmicznie w to samo miejsce kłębu ususzonych chwastów. Pocierając dalej metalem o metal, stopniowo dochodziłem do wniosku, że jedna rzecz w ludzkiej naturze jest na pewno pierwotna: to stan czystego, nieskazitelnego wkurwu połączonego z nadzieją, że w końcu to się uda. Znamy go z codziennych prac: wkręcania śrubek czy konfigurowania dziwnych urządzeń podłączonych do sieci.

Nie nauczyłem się rozpalać ogniska krzesiwem – nie tego dnia. Ale nauczyłem się czegoś ważniejszego o pierwotnym człowieku, którego podobno każdy w sobie ma. Dziś, kiedy coraz częściej mówimy o nadmiernej konsumpcji, pada czasem argument: człowiek prehistoryczny miał mało rzeczy. Tak zwyczajnie, liczonych w sztukach. I choć stwierdzenie, że przez to „żył bardziej”, wydaje się natchnionym hipisowskim ględzeniem, na pewno relacja takiego człowieka z otoczeniem była czymś tak bardzo innym od tego, co znają dzisiejsze mieszczuchy, że trudno to pojąć.

Próbuję sobie wyobrazić bohatera „Walki o ogień”, z wyglądu jeszcze półmałpę, jak funkcjonował na co dzień. W roli scyzoryka kawałek ułamanej kości (nazywamy to epoką kamienia, bo tylko kamienie przetrwały; tak naprawdę była to zapewne epoka kości, drewna, muszli, skóry i traw). Jakiś drobny przedmiot kultu, może pamiątka. Pukiel włosów? Kamyk, który coś przypomina? Korzeń o dziwnym kształcie?

No i krzesiwo. Moje składało się z hartowanej stali, dostatecznie twardej, żeby spełnić swoją funkcję, oraz miękkiego magnezjowego sztyftu. Sztuczką jest umiejętnie zeskrobać opiłki tej magnezji i wymieszać z hubką – to wysoko energetyczny dodatek, który pozwoli suchym wiórom chwycić ogień. Ile warta była równie skuteczna substancja 15 tysięcy lat temu? Jak powszechnie występują złoża odpowiednich „kamieni”?

Nawet nie chcę myśleć, ile inwencji wymaga posiadanie przy sobie zawsze idealnie suchej podpałki – hubki – kiedy nie można jej wygodnie zamknąć w szklanym uszczelnionym gumką słoiczku albo foliowej torebce strunowej. Jak w ogóle można nazywać pierwotnych ludzi prymitywnymi?

A może ogień łatwiej podtrzymać niż rozpalić? Bohaterowie filmu „Walka o ogień”, nieznający jeszcze technologii rozpalania, mieli kościany pojemnik do przechowywania ognia. Taką „kometę” opisze później Jerzy Kosiński w „Malowanym ptaku”: „wystarczyła litrowa puszka po konserwach, w której wybijano po bokach gwoździem liczne otworki. Zamiast rączki mocowano do puszki metrową drucianą pętlę; dzięki niej można było wymachiwać puszką jak lassem albo jak kadzielnicą w kościele. Taki mały, przenośny piecyk mógł służyć jako stałe źródło ciepła i jako miniaturowa kuchenka. Można go było napełnić każdym dostępnym paliwem, zawsze pozostawiając na dnie nieco żaru”.

„Walki o ogień” były dwie. Pierwsza to film drogi, rozgrywający się przed tysiącami lat. Druga to – w polskim tłumaczeniu – „Catching fire” Richarda Wranghama, prymatologa stawiającego hipotezę, że to gotowanie uczyniło nas ludźmi. Mały żołądek, długie jelita, a przede wszystkim – duży mózg. Innymi słowy: mały, wydajny zasilacz i pochłaniający dużo energii procesor – to one pozwoliły nam rozwinąć cywilizację na tyle, że dziś kupujemy paczkowane steki, żeby wrzucić je na ogień. Podtrzymanie energii tej ludzkiej maszyny już na początku wymagało, by obrabiać jedzenie: kisić, piec albo gotować. W ten sposób odciążamy nasz układ pokarmowy, podając mu przetworzone jedzenie, zamiast kazać przetwarzać je samemu.

Kolacja prymitywna to nie tylko kiełbaski i chleb na kiju. To pragrill: mięso kładzione bezpośrednio na żarze. Dwie minuty z każdej strony (naprawdę węgiel ani popiół nie przywierają!). Kukurydza pieczona na patyku. Ziemniaki i czosnek zagrzebane w ognisku. Na otwartym ogniu z łatwością można ugotować nawet jajka – używając ciepła na jego obrzeżach i czekając na pierwsze oznaki przydymienia skorupki. Można upiec warzywa. Do ryb skonstruować prymitywny ruszt. Jeść palcami. Zamiast ketchupu rozrobić podpieczone pomidory z czosnkiem z żaru. Karmić dzikusa.

 

*Fragment tekstu „Dzienniki płomieni” Przemysława Bociągi. Cały tekst możecie przeczytać w magazynie „KUKBUK Zadyma”, który można kupić w internetowym sklepie KUKBUK-a>>>


© KUKBUK 2018