Dom na szczudłach. W czym człowiek jest lepszy od owadów? - KUKBUK

Dom na szczudłach. W czym człowiek jest lepszy od owadów?

Podziwiamy najczęściej insekty – mrówki czy karaluchy – za umiejętność przetrwania w każdych warunkach. Ale przykładem najlepszej adaptacji do wszystkich stref klimatycznych i warunków jest… człowiek. Jako jedyny zasiedlił wszystkie części Ziemi i kawałek kosmosu. Może oprócz Marsa, który jest jedyną znaną ludzkości planetą w całości zamieszkaną przez… roboty.

Tekst: Przemysław Bociąga

Kosz upleciony z trzciny skrywa ciasny labirynt klatki schodowej, która jest jednocześnie artystyczną instalacją. Na każdym piętrze tej dziwacznej konstrukcji oglądamy domy na palach, zbudowane w Indonezji na tej samej wysokości nad ziemią, na jakiej akurat się znajdujemy. Ze szczytu labiryntu widać nie tylko cały korytarz weneckiej zbrojowni, który mieści światowej sławy Biennale Architektury, lecz także model domu zbudowanego kilka metrów nad ziemią na dziesiątkach wysokich szczudeł, które można nazwać odwrotnością fundamentów.

Choć za ten okaz na Biennale odpowiada współczesny indonezyjski artysta Andra Matin, domy nie są jego projektu. To architektura, jak to się mówi, wernakularna, czyli ludowa, nieakademicka, zakorzeniona w lokalności, nieprofesjonalna. Słowem tym teoretycy architektury nawiązują do języka: wernakularny w językoznawstwie to tyle co rodzimy, pełen potknięć, z nalotami dialektów i gwar, a jednocześnie najskuteczniejszy w komunikacji w pełnym jej zakresie. Z wykrzyknikami, przekleństwami, urabianiem słów, by niosły nie tylko znaczenia, lecz także emocje.

 

 

Wernakularny dom na szczudłach jest dla mnie czymś więcej niż tylko architekturą – grą człowieka z zastaną przez niego przestrzenią. Jest pomnikiem człowieczeństwa z jedną z jego największych zagadek – ludzkimi zdolnościami do adaptacji. Indonezja rozciąga się na olbrzymim obszarze; archipelag zaczyna się (lub kończy, zależy, z której strony patrzeć) sześć stopni na północ od równika, kończy osiem stopni na południe. Każdy element prezentowanych modeli ludowego budownictwa odzwierciedla w jakiś sposób adaptację ludzi do lokalnych warunków, w tym do pływów i innych zmian wysokości tafli wody.

Kiedy wieczorem spacerujemy po Wenecji, widać w niej dokładnie tę samą elastyczność. Na murach wciąż widoczne są wilgotne ślady po ostatniej acqua alta – słonej powodzi, kiedy intensywne opady nakładają się na wysoki poziom Adriatyku. Podobno ta była największa od dwóch dekad, ale oficjalne dane jakoś nie chcą tego potwierdzać. Woda co kilka lat przychodzi i odchodzi. W pogotowiu trzyma się więc specjalne podesty, by podnieść poziom chodnika o kilkadziesiąt centymetrów. A w domu trzeba mieć kalosze.

Na murach Wenecji wciąż widoczne są wilgotne ślady po ostatniej acqua alta – słonej powodzi, kiedy intensywne opady nakładają się na wysoki poziom Adriatyku. (fot. Unsplash.com / Maid Milinkitz)

Oczywiście, życie codzienne w Wenecji to temat na osobną rozmowę – o tym, jak my, dzisiejsi turyści, zadeptujemy miejsca, które kochamy. Po starym mieście snują się dziś jak zombie turyści, zwiedzający je raczej jak park tematyczny, wciskający się w każdą szczelinę jak szarańcza.

Ale to ta ludzka plaga zasiedliła kiedyś całą tę dziwaczną lagunę i uczyniła garść wysepek stolicą wielkiego, jak na swoje czasy imperium. Do dzisiaj tę zdolność do adaptacji widać u wenecjan – restauratorów, sklepikarzy, gondolierów, których spora część przypływa zapewne co rano ze stałego lądu, gdzie zbudowane są zwykłe domy mieszkalne dla zwykłych ludzi, bo z mieszkań w Wenecji każde da się wynająć przez Airbnb.

Wenecjanie są nawykli do braku samochodów. Co rano o czwartej budzi mnie uporczywy turkot wózków na małych kółkach, którymi wiozą z nabrzeża towary do knajpek. Co rano o siódmej, wybudzony tym męczącym hałasem, oglądam prom przywożący na wyspy cysterny ciężarówek z paliwem do wszechobecnych wodnych taksówek i prywatnych motorówek. To małe okruszki tej wielkiej, globalnej adaptacji: grupka osadników dotarła w miejsce, którego nie da się zasiedlić konwencjonalnymi metodami, znalazła więc niekonwencjonalne. Nie wytyczymy ulic? Pal to licho, zamiast ulic będą kanały. Most westchnień każe mi westchnąć nie nad smutnym losem więźniów prowadzonych na skazanie, ale z podziwem nad wielkością, z jaką ludzie, od Wenecji po Indonezję, pośród najcięższych warunków świata znajdują sobie wolną przestrzeń.

Wolna przestrzeń, freespace, jest tematem tegorocznego Biennale Architektury, imprezy, która co dwa lata – na zmianę z Biennale Sztuki – odbywa się w (zaadaptowanych, a jakże, przez ludzi karaluchy) budynkach weneckiego arsenału i ogrodów z narodowymi pawilonami. Każdy z zaproszonych przez kuratorki Yvonne Farrell i Shelley McNamarę architektów miał swobodę, by powiedzieć, co dla niego ta wolność w architekturze oznacza. Część zdecydowała się na właśnie taką interpretację: wolność w architekturze to sposób na uwolnienie przestrzeni od warunków zewnętrznych, które uczyniłyby ją niezdatną dla ludzi. Zresztą może to tylko moja interpretacja.

Dorte Mandrup
Icefjord Centre - centrum turystyczne na fiordzie Ilulissat na Grenlandii zaprojektowane przez duńską architektkę Dorte Mandrup. / (fot. materiały prasowe)

Duńska architektka Dorte Mandrup skorzystała ze swobody pokazania własnego projektu. To Icefjord Centre, centrum turystyczne na fiordzie Ilulissat na Grenlandii. Tysiąc dwieście lat temu w tym miejscu wylądowali Skandynawowie – my nazywamy ich wikingami – i spotkali tam Inuitów, ludzi, którzy zasiedlili Grenlandię bagatela 3 tysiące lat wcześniej. Ten koszmarny, lodowaty fiord był, jak mówi Mandrup, miejscem pierwszego rodzinnego spotkania po latach w dziejach ludzkości. Inuici na Grenlandię dotarli z Kanady, tam – z Azji przez CieśninęBeringa, wcześniej z Bliskiego Wschodu, gdzie, o ile nasze hipotezy są poprawne, ostatni raz ich przodkowie widzieli się z przodkami Skandynawów.

Położony 250 kilometrów na północ od koła polarnego Ilulissat podlega zmianom w ciągu jednego dnia i jednej nocy, bo tyle trwa tam rok. Żeby stworzyć tam przestrzeń wolności, trzeba zbudować schronienie. Makieta pokazana przez architektkę pokazuje sedno. W ciągu kilku minut spektaklu model budynku trwa, nieruchomy, w koszmarnej zawierusze światła, które zmienia barwy. Biały, laminatowy bąbel, w którego środku tkwi model, wypełnia się to różem, to granatem, to błękitem, żółcienią i bielą. Z ukrytych głośników dochodzi piekielny świst porywistych wiatrów, ze szczelin dobywa się dym śnieżnej zamieci tylko po to, by za chwilę robiło się spokojnie. Poranek, w który można by uwierzyć, że dałoby się zjeść na tarasie śniadanie z jajkiem na miękko. Niestety, jajko będzie ścięte. Mrozem.

Wizualizacja: Rick Guidice. Żródło: https://settlement.arc.nasa.gov/70sArtHiRes/70sArt/art.html

Wenecja, Grenlandia, Indonezja. Można dodać do tej listy jeszcze wiele miejsc, które człowiek zasiedla jak karaluch, z podziwu godną determinacją i umiejętnością wciśnięcia się w każdą, nawet najmniejszą szczelinę. Z cyklu miejsc zadeptanych przez nieco zbyt rozrosłą globalną kolonię ludzkich karaluchów kocham też Split. Przechodzi mnie dreszcz na myśl, że kiedyś rzymski cesarz zbudował sobie na emeryturę okazały pałac kilka kilometrów od prowincjonalnego miasta. Setki lat później pałac stał, opustoszały, jak dziś niszczeją ślady dawnych cywilizacji w dżunglach Ameryki Środkowej czy Indochin.

Kiedy zjawili się tam kolejni ludzie karaluchy, zasiedlili pałac, jak przystało na owady, wykorzystując stworzone nadprzyrodzoną dla nich siłą obiekty jako prymitywne pieczary. Amfilady pałacu stały się ulicami, komnaty – domami w zwartej, miejskiej zabudowie. W największej otwartej przestrzeni atrium pałacu Dioklecjana jest dziś plac miejski, gdzie na podmurówkach sączymy kawę z tekturowych kubków. W jego piwnicach zwiedzamy pchli targ.

Tak samo ludzie, jak stado insektów, zasiedlili zgliszcza Warszawy w 1945 roku. Kilka lat późniejszy hymn na jej cześć – „Zły” Leopolda Tyrmanda – jest genialnym zapisem tej precesji ekosystemów, kiedy pionierzy jak mech brali w posiadanie pojedyncze ocalałe fragmenty izb, by już po roku rozglądać się za całymi mieszkaniami, wreszcie – tworzyć kompletne domy, bez dziur w dachu, z bieżącą wodą i prądem.

Yuval Noah Harari, uznany (i niezwykle modny) autor dzisiejszych poematów na cześć człowieka, pisze z niemałym humorem o zasiedlaniu przez nasz gatunek Oceanii. Otóż dotarłszy do południowych granic Azji, sapiens zetknął się z bezkresem morza, za którego horyzontem kryły się kolejne miejsca, na których można by się rozmnażać. Zmierzył się więc też z wyborem: mógł albo tysiącami lat czekać, aż wyewoluują mu skrzela i błony między palcami, stać się ssakiem wodnym i w ten sposób dotrzeć do odległych, nieznanych wysp. Mógł też nauczyć się budować łodzie.

Nasi przodkowie dobrze wybrali i czyni nas to wciąż lepszymi od karaluchów. Oglądajmy się na nich, ale idźmy dalej.

Wizualizacja: Rick Guidice. Żródło: https://settlement.arc.nasa.gov/70sArtHiRes/70sArt/art.html

© KUKBUK 2018