Dlaczego wszyscy oglądają Kevina? - KUKBUK

Dlaczego wszyscy oglądają Kevina?

Podobno polski rekord oglądalności „Kevina samego w domu” padł w 2016 roku, 24 lata po premierze w naszym kraju. Przed telewizorami zasiadło wtedy 4,5 miliona osób. Fenomen tego filmu przechodzi ludzkie pojęcie. Spróbujmy go jednak pojąć.

Tekst: Przemysław Bociąga
Zdjęcia: materiału prasowe

„Kevin sam w domu” (1990, reż. Chris Columbus) ma w Polsce co najmniej kilkanaście fanpage’ów,z których największe liczą po 20-30 tysięcy fanów. Oczywiście są też „Kevin sam w domu na święta” (15 tysięcy osób) i „Kevin sam w domu to tradycja” (10 tysięcy), grupy oraz facebookowe wydarzenie poświęcone oglądaniu tegorocznej wigilijnej emisji w Polsacie. Udział „potwierdziło” już 86 tysięcy osób.

Na czym polega popularność tej „nowej świeckiej tradycji” oglądania średniej klasy familijnego filmu w jeden z najbardziej uroczystych i rodzinnych zarazem dni w roku? Mimo że tytuły przywołanych fanpage’ówstwierdzają z pełnym (choć zapewne częściowo ironicznym) przekonaniem, że jest to tradycja, a zatem tak po prostu trzeba, motywacja wydaje się, przynajmniej u źródeł, wprost przeciwna.

„Kevin sam w domu” jako mit

Dlaczego w ogóle zaczęliśmy oglądać Kevina? Czy też, ściślej, dlaczego zaczęliśmy go oglądać ironicznie? Pierwsze projekcje rzeczywiście wpisywały się w ewolucję świątecznej tradycji, polegającej na wyświetlaniu w telewizji hitów gwiazdkowych – ciągle takich samych, ale nie tych samych. Przynajmniej nie w założeniu.

Oglądaliśmy więc Kevina, tak jak co roku oglądamy kolejne wcielenia familijnych i romantycznych komedii. Przechytrzający zbirów blond aniołek ratował ducha świąt, jak po dziś dzień, w najrozmaitszych wcieleniach tej samej opowiastki, ratują go podobne mu postacie. W przypadku Kevina oznacza to przywrócenie harmonii: rodzina znów jest razem, terroryzujący okolicę włamywacze zostają ujęci, a dzięki zwyczajowi podtapiania okradzionych domów wiadomo już, że byli sprawcami znacznie większej liczby włamań. W ramach świątecznego cudu gratis zrehabilitowany zostaje też przerażający z początku sąsiad Marley (zauważyliście, że drugoplanowa postać filmu nosi imię prosto z Dickensa?), który także łączy się po latach ze swoją rodziną. To właśnie moc dobrego ducha świąt, w tej wersji opowieści – Kevina.

No dobrze, Kevin nie do końca jest aniołkiem; ukazuje nam się jako taki, by zaraz odsłonić swoją figlarną, transgresyjną naturę. Ucieleśnia więc trochę figurę trickstera, błazna, który potrafi przechytrzyć moce nadprzyrodzone lub paktować z nimi – w tym przypadku reprezentuje je duch świąt. Ta animistyczna, bezosobowa siła zastąpiła Boga, dla którego w nowej narracji świąt nie ma zbyt dużo miejsca. Jest to jednak powrót do antropologicznych źródeł: czcimy święta równonocy, nie oglądając się na religie, które swoim kalendarzem mogłyby je sobie przywłaszczać.

Dlatego też Święty Mikołaj w filmie (w angielskim oryginale nie będący przecież świętym (saint), a jedynie Santa) nie jest ambasadorem Boga na ziemi, a co najwyżej reprezentantem tego ducha. Ma jednak cechy boskości, choćby takie, że poznają się na nim osoby nie z tego świata: zwierzęta, czasem magiczne (Rudolf Czerwononosy), ubodzy (w amerykańskich filmach prawdziwego Mikołaja rozpoznaje jako pierwszy niemal zawsze żebrak), sieroty lub – jak Kevin – trochę zaniedbane przez rodziców młodsze rodzeństwo.

Z podobnego powodu jednym z powszechników (semiotyka nazywa je inwariantami mitu) takich opowieści jest ktoś zamożny i uprzywilejowany, najczęściej dobrze odżywiony biały mężczyzna w sile wieku, który musi dopiero doznać nawrócenia na magię świąt, a przy okazji zmienić swój status. Nie ma w tym zbyt wiele z marksizmu – w każdym razie niewiele więcej, niż mieli nasi przodkowie kojarzący bóstwo z ubóstwem.

Kultura wywrotowa

Pierwsze emisje Kevina były więc zupełnie naturalne – film włączył się do repertuaru świątecznych hitów wraz z innymi mitami. Później jednak nastąpiło coś, co sprawiło, że został z nami na dłużej.

Nie zamierzam zgadywać co – odpowiedzialność kazałaby zrobić najpierw jakieś terenowe rozeznanie, przedstawię więc kilka hipotez. Po pierwsze: winimy tych co zawsze, czyli milenialsów. W pokoleniu przełomu tysiącleci łączy się kilka cech, które są dobrym fundamentem zachowań tak dziwnych i masochistycznych, jak oglądanie rok po roku tego samego, obiektywnie niezbyt mądrego filmu.

Jedną z takich cech jest skłonność do doceniania kiczu, drugą jej bliska krewna – ironiczna postawa, każąca uciekać od robienia rzeczy na poważnie. Powaga jest w odwrocie, nasi rodzice pokazali nam, że powagą może i da się wiele zbudować, ale też wiele zepsuć. Poza tym powaga gorzej niż satyra maskuje głębsze problemy, zwłaszcza natury psychologicznej, a tych, zdaje się, mamy dzisiaj trochę za dużo.

Jest jeszcze jedna kulturowa skłonność, tym razem niecharakteryzująca milenialsów, która może się tu ujawniać. Nazywamy ją subwersją, choć określenie wywrotowość w zasadzie pasuje równie dobrze. Określa się tym mianem zdolność ludzi do podchwytywania narracji władzy i przekuwania jej w narrację oporu.

Opresyjny duch świąt

Mamy dziś coraz częściej poczucie, że święta to taki właśnie opresyjny dyskurs. Żyjemy w erze konsumpcyjnej,poddani nakazom kupowania, sprzątania i przeżywania świąt (zgodnie z przyjętymi normami), jak wcześniej żyliśmy w dyktacie realnego socjalizmu albo innych narracji. Gdzie nie można było mówić wprost, przemycaliśmy komunikaty wywrotowe.

Na opresję stanu wojennego Piwnica pod Baranami zareagowała… wyśpiewaniem (tenorem Jacka Wójcickiego) obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego. Ani jedno słowo nie zostało zmienione, a jednak wszyscy się śmiali. Wodzom na plakatach dorysowywaliśmy rogi (albo siusiaki). Pomnik bohatera Armii Ludowej, konającego na kolanach obnażonej alegorii Zwycięstwa, nazywaliśmy „zgwałconym partyzantem”. Byle tylko podkraść trochę narracji i obrócić jej ostrze przeciw propagandzie.

Propaganda Bożego Narodzenia jest najbardziej cwana ze wszystkich. Na jej straży nie stoi ZOMO ani nawet pilnujący kasy kapitalista. Stoi tam szantaż emocjonalny. Matka, która przecież oczekuje, że przyjdziemy na wigilię, a wcześniej pomożemy myć okna. Święta są dla nas za poważne, zbyt emocjonalne, ale przecież nie uciekniemy od nich inaczej, jak tylko przez zachowania wywrotowe. Dlatego rozsiadamy się wygodnie i oglądamy Kevina. To przecież tradycja – rzucamy ironicznie.

Problem pojawi się najwyżej, kiedy zdamy sobie sprawę, że dziś Kevin w telewizji to faktycznie tradycja. Film ma już prawie 30 lat (a tytułowy blond aniołek to rocznik 1980!), a co Wigilię w Polsacie gości od dekady. Ostatnio, kiedy w 2010 roku antena próbowała go nie wyświetlić, protest objął podobno 90 tysięcy ludzi. A że zapewne większość z nich miała wśród „polubień” nie tylko Kevina, lecz także „Bekę z Klanu” i inne demonstracje ironicznego stosunku do telewizji – to już nie ma większego znaczenia.

Po raz kolejny okazało się, że tradycja to coś zupełnie innego, niż się nam wydaje. Nie dość, że, w przeciwieństwie do słów, które padają w „Misiu” Barei, można ją „uchwałą specjalną zarządzić albo ją ustanowić”, to jeszcze jest tożsama z „codziennością, w której my żyjemy”. Jedyną niezmienną częścią tradycji jest nasze przekonanie o jej niezmienności.

Kino nostalgiczne

Nie da się ukryć, że tradycja to coś, co jest głęboko w nas. Wracamy wciąż do Kevina głównie dlatego, że pokolenie, które dziś kształtuje kulturę przeżywania świąt (czyli właśnie tak zwaną tradycję), jest tym samym pokoleniem, które nasiąknęło pierwszymi wyświetleniami opowieści o chłopcu pominiętym przy wigilijnym wyjeździe. „Kevin sam w domu” to dla nas przykład kina nostalgicznego, co zakrawa na paradoks, zważywszy, że w ogóle nie pokazuje realiów, jakie znamy z Polski.

 

 

Tam podmiejskie domy w stylu kolonialnym, wielkie salony i rodziny wybywające na święta do Europy. Tu – Europa, ale raczej wschodnia, dopiero budząca się z szarości. Polska premiera filmu miała miejsce w 1992 roku, roku pierwszego McDonalda i policji jeżdżącej polonezem. Ten szary i ponury czas miał jedną poważną zaletę: mieliśmy po kilka lat i nie musieliśmy myć okien. Problemem technicznym nadchodzących świąt było: jak wytrwać w zapachu zupy grzybowej aż do wieczora, kiedy przyjdzie Mikołaj. To raczej rodzice mieli z nami problem: jak pogodzić gotowanie, sprzątanie i nakrywanie z animowaniem nam czasu, żebyśmy nie zdechli z nudów.

Krytyk Fredric Jameson wywołał nieco zamieszania, kiedy pod kino nostalgiczne podciągnął… „Gwiezdne wojny”. Nie jest to opowieść o przeszłości, twierdził, odwołuje się jednak do ulokowanych w niej emocji. W przypadku „Star Wars” była to komiksowa pulpa o superbohaterach – na niej w latach 40. i 50. wzrastała młodzież, która pod koniec lat 70. rozmiłowała się w Luke’u Skywalkerze.

A Kevin? Cóż, my wszyscy z niego. Oglądamy ten film z przyjemnością, bo cofa nas w czasie. Nie poprzez swoją fabułę, ale poprzez sam akt oglądania – do czasów, kiedy Wigilia równała się oglądaniu Kevina i skubaniu ciasta pierogów tak długo, aż pójdziemy wypatrywać gwiazdki, a w tym czasie – akurat zupełnym przypadkiem się z nim miniemy – przyjdzie Mikołaj.


© KUKBUK 2018