Winestone, Kraków - recenzja - KUKBUK

Winestone, Kraków – recenzja

Jednoznacznie pozytywne opinie po jesiennej edycji Restaurant Week skłoniły nas do wizyty w krakowskiej restauracji Winestone zaraz po premierze nowej karty. Jak było?

Tekst i zdjęcia: Bartek Kieżun


Kraków

przejdź do dużej mapy

Rzut oka na menu może wzbudzić niepokój – to było nasze pierwsze wrażenie. Nie wiedzieliśmy, od czego zacząć i o co w tym wszystkim chodzi, ale powoli pojawiło się zrozumienie, byliśmy przecież w restauracji hotelowej – tu karta ma swoje prawa, trzeba ją skomponować tak, by każdy znalazł coś dla siebie. Parę światowych i bezpiecznych klasyków ominęliśmy od razu, by skupić się na drugiej części. W tej króluje kuchnia polska z krakowskimi akcentami. Postanowiliśmy jednak zacząć od zapoznania się z tutejszą selekcją win, chwaloną za jakość i ceny. Odnotowaliśmy z radością, że sporo win podaje się tu na kieliszki (bo Winestone jest też wine barem), i to w dwóch rozmiarach, co pozwala dobierać inne wino do każdego dania bez konieczności wyboru jednego rodzaju do całej kolacji.

W karcie win panuje zdecydowanie większy spokój. Tutejsza selekcja została podzielona na trzy grupy: świeże i lekkie, eleganckie oraz te z charakterem. Taki podział nawet początkującym pozwala bez większego problemu wybrać coś dla siebie. Wybraliśmy wino i wróciliśmy do jedzenia, bo na stole pojawiło się czekadełko, czyli domowy chleb z jednoszczepową hiszpańską oliwą i dukkah, czyli mieszanką przypraw i prażonych orzechów. Pysznie, jednak nauczeni doświadczeniem postanowiliśmy tylko skosztować, by mieć miejsce na poważniejsze doznania.

Na początek żur z jajkiem i kawałkami pieczonej kaczki (19 zł). Zupa jak malowana, żur smaczny, choć jak na nasze podniebienie trochę za mało wyrazisty. Jednak oddajmy kucharzowi sprawiedliwość: kaczka świetnie zagrała w zupie; musimy też przyznać, że odmian żuru w Krakowie sporo, więc pewnie i ten wpisuje się w kanon. Za to śledź (16 zł) to była symfonia. Kwaśna śmietana, wspaniale podbita chrzanem, była podstawą, na której rozgościł się śledź różowy jak sukienka Barbie i tłusty jak listopadowa gęś. Na nim leniły się ziemniaki, których smak podkręcono francuską musztardą. Jakby tego było mało, dodano czerwoną cebulę, nieco koperku i opiekany chleb żytni. Rozpłynęliśmy się z zachwytu!

W oczekiwaniu na dania główne zauważyliśmy, że pominęliśmy spory fragment karty. Les planches to wielkie łupki, na których podawane są sery, wędliny, tatar i burgery w wersji mięsnej i wegetariańskiej. Było już jednak zdecydowanie za późno, a szef kuchni Maciej Pluta pewnie by się zirytował, gdybyśmy zatrzymali w połowie przygotowywanie kaczki na rzecz czegoś, co zostało pomyślane jako zaspokojenie niewielkiego głodu lub przekąska do wina.

Razem z kaczką (dla ciekawych – udko i pierś) pojawiły się czerwona kapusta z rodzynkami, swojskie kopytka i pieczone jabłko (44 zł). Takiemu zestawowi nie sposób powiedzieć „nie”. Kopytka przesmażone na maśle były delikatne i aromatyczne, a jabłko idealnie dopełniało smak kapusty. Następnie na stół wjechała maczanka po krakowsku (19 zł). Ta lokalna, tradycyjna wersja pulled pork ma swoich zagorzałych fanów, do których należymy. Wersję z Winestone kucharz podrasował oscypkiem i choć doceniamy zamiar, mamy wrażenie, że podhalański ser trochę maczance przeszkadzał. A szkoda, bo i bułka, w którą zostało upchnięte mięso, i ono samo były świetne.

Porcje okazały się spore, dlatego ze sporym trudem wybieraliśmy deser. Stanęło na śliwkach i pierniku (18 zł). W słoiczku przed nami stanęły węgierki duszone z czerwonym winie z lodami z dodatkiem piernika i kruszonką z brioszki, wcześniej przesmażonej na maśle. Mimo lodów zrobiło nam się tak ciepło, że niestraszna nam była nawet plucha za oknem. Przed wyjściem jeszcze tylko podumaliśmy chwilę nad skorzystaniem z uroków wine baru i kieliszkiem organicznego Nero d’avola. Gwarantujemy – Winestone to idealne miejsce na spędzenie chłodnego wieczoru.


© KUKBUK 2018