Londyn – przewodnik po najlepszym street foodzie - KUKBUK

Londyn – przewodnik po najlepszym street foodzie

Jakie są najnowsze trendy w ulicznym jedzeniu i dokąd trzeba skierować kroki w Londynie, żeby zjeść najlepiej?

Tekst i zdjęcia: Aleksander Szojer

Które miasto skupia w sobie wszystkie trendy streetfoodowe? Londyn. Wieloetniczna klientela i nadmiar aspirujących kucharzy z całego świata przyczyniły się do tego, że uliczne jedzenie w stolicy Zjednoczonego Królestwa ma pierwszorzędną jakość, a na każdej ulicy targowej można wybierać spośród dań ze wszystkich kontynentów.

Masowe zapotrzebowanie na tani lunch powiązane z łatwością rozpoczęcia działalności gastronomicznej przekształciły tradycyjne targi z żywnością w jadłodajnie na świeżym powietrzu. Dzięki tej rewolucji odżyły bazary, które jeszcze kilka lat temu ze swoją ofertą warzyw i owoców z odzysku (bliskie przeterminowania warzywa i owoce sprzedawano w misach za funta) wydawały się spisane na straty. Dziś tętnią życiem, a w najlepszych lokalizacjach chętni do prowadzenia własnego stoiska nierzadko muszą czekać 2-3 lata i wykazać się dobrymi referencjami.

W tej przemianie niemałą rolę odgrywa rosnąca świadomość żywieniowa i otwartość milenialsów na kuchnie świata, co znalazło odzwierciedlenie w krążącym po mieście dowcipie, że jest to pokolenie, które nigdy nie dorobi się mieszkania, bo całe swoje oszczędności wydaje na kanapki z awokado.

Wbrew anegdocie uliczne jedzenie w Londynie jest jednym z najtańszych w Europie. Zestaw obiadowy rzadko kosztuje więcej niż 6-7 funtów, i to w centrum londyńskiego City, więc ciekawym kuchni świata plajta raczej nie grozi.

Podczas spacerów po miejskich bazarach (a raczej ulicach targowych, bo taka forma bazarów dominuje na Wyspach) oszałamia różnorodność kuchni etnicznych, a właściwie wariacji na ich temat. Wymóg unikalności oferty, narzucany przez wspólnoty zarządzające targami, wyzwala kreatywność, która nie zachwyci purytanów kulinarnych, ale znajdzie pełne zrozumienie młodej i otwartej publiczności londyńskiej.

Potrawkę persko-suahili można zatem zagryźć zawijańcem z puddingu Yorkshire i popić koktajlem na bazie masła orzechowego.

Jeśli danie jest bardziej klasyczne, to wyróżniać je musi jakość składników. Do stającej się standardem organiczności dochodzi oczekiwanie lokalnego pochodzenia. Sprzyja to produktom brytyjskim, które coraz skuteczniej konkurują z importowanymi: pikantne pasty z papryki z Wiltshire (regionu, w którym znajduje się Stonehenge) oraz wyrafinowane brytyjskie sery i wędliny z dokładną informacją o rodowodzie, a nawet superzdrowe mikrosałaty produkowane w centrum Londynu i dowożone ekologicznie rowerem czy autem elektrycznym. Dodatkowo premiowane jest zaangażowanie w akcje o charakterze ekologicznym, na przykład dbanie o owady, czy rolnictwo leśne, w którym dla uniknięcia degradacji gleby pola uprawne mieszczą się pomiędzy rzędami drzew. Twórca ruchu Slow Food Carlo Petrini poczułby się na londyńskich targach wniebowzięty.

Drogę do targów z daleka wskazuje dym z palenisk, grilli czy piecyków na pizzę, gdyż w większości przypadków dania są przyrządzane na oczach klientów (podgrzewanie stosuje się wyłącznie do potraw wymagających wielogodzinnego duszenia, na przykład indyjskich). Stąd też wszystko jest świeże, pachnące i apetyczne. O ile nie każda innowacyjna kompozycja smakowa spełnia oczekiwania, o tyle wpadki jakościowe są rzadkością. Przynajmniej w przypadku bazarów, do których zaraz wspólnie się wybierzemy.

Do wysokiej jakości przyczynia się ponadto specjalizacja przypominająca najlepsze standardy azjatyckie. Sprzedawcy skupiają się na jednym rodzaju dania czy składnika, czego przykładem jest budka oferująca wyłącznie dania z truflami (nowość) albo sprzedająca burgery z krewetkami czy cukiernia specjalizująca się w eklerach.

Ostatnim, choć nie najmniej ważnym wyróżnikiem londyńskich targów ulicznych jest ich atmosfera. Buzują pozytywną energią, młodością i radością życia. To na nich w pełni można doświadczyć i odczuć, jak młodym, dynamicznym i przyjaznym miastem jest Londyn, czego najlepszym dowodem jest otwartość na fotografowanie. Najbliższą metropolią, w której targowi sprzedawcy i bywalcy fotografują się równie chętnie, jest chyba wietnamski Sajgon (dzisiejsze Ho Chi Minh). Dodatkowym atutem targów jest to, że możemy spróbować najróżniejszych dań kuchni etnicznych, w tym rzadko spotykanych, w jednym miejscu – a do tego przed podjęciem decyzji do woli się napatrzeć, nawąchać i poobserwować reakcje innych, bez ryzyka i presji towarzyszącej wizycie w restauracji.

Ten subiektywny przewodnik skupia się na miejscach godnych polecenia smakoszom oraz łowcom trendów. Opisywane lokalizacje, choć położone blisko głównych atrakcji turystycznych, rzadko trafiają do typowych propozycji tras spacerowych (z wyjątkiem Borough Market). Listę godnych uwagi londyńskich bazarów uzupełniają turystyczne klasyki, takie jak targi w Greenwich, Camden Town czy Covent Garden, na których dzięki rewolucji gastronomicznej znajdziemy obecnie potrawy nie tylko ciekawe, ale również smaczne. Do tego każda dzielnica ma swoje tradycyjne ulice targowe, na których coraz częściej można zjeść dania na gorąco. Zresztą na fali popularności uliczne jedzenie pojawia się prawie wszędzie, więc z pewnością na nie natrafimy.

Broadway Market – hipsterska mekka i inkubator trendów

Ulica targowa, położona obok popularnej trasy spacerowej wzdłuż kanału Regent’s, co sobota gromadzi barwną klientelę hipsterskiej dzielnicy Hackney. W 2004 roku, dzięki przemyślanej polityce wspólnoty zarządzającej, która skrupulatnie dobiera sprzedawców, upadający bazar przekształcił się w modne miejsce, gdzie o własne stoisko walczy każdy gastronom z ambicjami. W konsekwencji ostrej konkurencji i wymogu unikalności, przyjętego później przez inne targi (nie akceptuje się dwóch sprzedawców oferujących to samo), ulica stała się oknem wystawowym najnowszych trendów streetfoodowych w mieście, jeśli nie Europie, specyficzna klientela zaś – wymagająca, świadoma kulinarnie i nieskąpiąca grosza – przyczynia się do zachowania pierwszorzędnej jakości.

To właśnie tutaj można dostać hamburgera czy stek z truflami od sprzedawcy, który wybrał je jako swój wyróżnik: „Chciałem mieć swobodę co do rodzaju dań, stąd jako wyróżnik wybrałem trufle, które są wspólnym mianownikiem wszystkiego, co oferujemy”. Najdłuższe kolejki jednak ustawiają się przed innymi specjalistami od unikalności: The Frenchies z burgerami z kaczką (confit de canard) i The Schrimpster, gdzie podaje się burgery wyłącznie z krewetkami.

Ogromną popularnością cieszą się również propozycje wyspiarskie: jajka po szkocku (Scotch eggs) z gamą nietuzinkowych dodatków, takich jak chorizo czy tuńczyk, oraz lokalna specjalność – Yorkshire burrito, czyli zawijaniec zrobiony z puddingiem Yorkshire. To ciasto, tradycyjnie podawane do świątecznej pieczeni, zyskało nowe życie w formie wrapa z różnymi rodzajami mięs, serem i warzywami. Mimo przeciętnych walorów smakowych innowacyjne podejście do rodzimego dania okazało się strzałem w dziesiątkę – i może stanowić inspirację do myślenia, które z polskich klasyków stanowią dobry materiał na podobną transformację.

Specjalizacja dotyczy prawie każdej jadłodajni; większość skupia się na 2-3 daniach. I tak reprezentujący kuchnię perską Zardosht serwuje szafranowego kurczaka w pomarańczach oraz groch z marchwią i czarną limonką, Temaki Bros – rożki sushi z mocno europejskimi dodatkami, a ghański Spinach & Agushi – szpinak gotowany z melonem, grzybami i pomidorami, serwowany ze smażonymi platanami. Lista obecnych tu kulinarnych reprezentantów świata obejmuje również kuchnie: chińską, tajską, indyjską, grecką, karaibską, wietnamską, grecką, francuską (ostrygi)… Słowem, nie sposób nie znaleźć tu czegoś dla siebie.

Łasuchy nie pozostaną z niczym – mają bowiem do wyboru doskonałe trufle czekoladowe z ghańskiego kakao, krówki z dodatkiem sosu chili i cynamonu (świetne; wariantów smakowych jest więcej) czy eklery z wszelkimi możliwymi smakami lukru. Odważni mogą spróbować któregoś z gofrów waffle on, na przykład z bekonem i syropem klonowym czy kozim serem.

Przed opuszczeniem targu można się jeszcze zaopatrzyć w organiczne warzywa, pieczywo oraz mięsa i wędliny, by w jednym z nielicznych w mieście parków zezwalających na grillowanie, London Fields, do którego Broadway Street prowadzi, przyrządzić coś samodzielnie. A wszystko to w najbardziej hipsterskim towarzystwie w mieście. Dla tych, którym w weekend starczy czasu, by odwiedzić tylko jeden londyński targ, Broadway Street będzie najciekawszym wyborem, choć w pogodne dni pomiędzy dwunastą a czternastą trzeba być przygotowanym na tłumy.

Informacje praktyczne:

Najbliższa stacja to London Fields, obsługiwana przez kolej, nie metro (ten sam bilet/karta). W pogodny dzień atrakcyjną opcją jest około 40-minutowy spacer do targu wzdłuż kanału Regent’s – wówczas można wysiąść na stacji metra Mile End.

Targ jest czynny wyłącznie w soboty, w godzinach 9-17, ale większość stoisk zamyka się około godziny 16. W godzinach 12-14 jest bardzo tłoczno.

Dzięki sympatycznym restauracjom, sklepikom i piekarniom, z równie niesztampową ofertą jak targ, ulica jest atrakcyjnym celem wizyty także poza dniem targowym. W pobliskim parku London Fields poza rozpaleniem grilla można się odświeżyć w basenie na wolnym powietrzu (woda jest podgrzewana).

Etniczne stołówki dla pracowników City i wtajemniczonych turystów

Leather Lane Market

To kolejny targ z odzysku, który jeszcze 10 lat temu przypominał peerelowski Bazar Różyckiego i którego los wydawał się przesądzony. Na szczęście ponad 400-letnia tradycja targowa została ożywiona dzięki inicjatywie lokalnych aktywistów i obecnie w porze lunchu ulica przeobraża się w etniczny tygiel kulinarny. Słabo znany wśród londyńczyków, a tym bardziej turystów, targ przyciąga autentycznością i jedną z lepszych w okolicy lunchową ofertą kulinarną.

Jeśli przyjdziemy tu od strony Clerkenwell Road, już z daleka zauważymy apetyczny zielonoszafirowy kocioł szpinaku – to jedno z bardziej oryginalnych połączeń kulinarnych: persko-suahili Mishkaki. Szpinak podawany ze świeżo grillowanymi szaszłykami baranimi lub drobiowymi smakuje świetnie. W dziedzinie grillowanych mięs z Mishkaki konkuruje brazylijskie BBQ, którego pikantne szaszłyki marynowane w czosnku i chilli, podawane z czarną fasolą i frytkami ze słodkich ziemniaków, mają zagorzałych wielbicieli (Samba Chicken Box). Nie mniejsza kolejka ustawia się po perski kebab, który z ryżem, ze świeżymi warzywami i szczodrą porcją humusu zaspokoi duży głód.

Nieopodal panie z Victus & Bibo nie nadążają ze zwijaniem chlebków pita z warzywami i grillowanym halloumi – znaku rozpoznawczego tej atrakcyjnej propozycji na wynos. W połowie ulicy sprzedawca z Grill My Cheese przyciska ciężkim żelazkiem ociekające serem tosty – kiedyś jedna z większych atrakcji ulicy, specjalizuje się w świeżo grillowanych kanapkach z cheddarem, które rozprzestrzeniły się już po wszystkich londyńskich targach. Imponująca kolejka ustawia się do straganu wegańskiego Quiche & Roast; tu wybiera się spośród imponującej oferty grillowanych warzyw w aromatycznych przyprawach oraz sezonowych tart.

Przegląd dań etnicznych dopełniają meksykańskie quesadillas, karaibskie Jerrkies z mięsami i rybami marynowanymi w egzotycznych sosach oraz Yum Bowl z azjatyckimi zupami oraz daniami z ryżu i mięsa (jedna z mniej udanych propozycji na targu). W tym sąsiedztwie hiszpańska paella czy japońskie katsu curry wypadają swojsko i niezbyt egzotycznie.

Zwolennicy klasycznej bułki z mięsem nie opuszczą targu zawiedzeni dzięki ofercie food trucka WOP, w którym od Włocha z wąsami godnymi Salvadora Dalego można dostać filmowe burgery z najlepszych składników: sezonowanej wołowiny i włoskich serów z pierwszorzędnymi dodatkami. I tak w bułce firmowanej przez De Niro, obok steku, znajduje się wędzony boczek i oliwa truflowa, w Al Pacino – awokado i sos balsamiczny, John Travolta zaś to gorgonzola i grillowana papryka. Nic dziwnego, że miejsce cieszy się niesłabnącą popularnością.

Na deser – świeżo wyciskane soki z superzdrowymi dodatkami, takimi jak nasiona lnu czy chia, a także zgodnie z zasadą, że jedzenie uliczne nie może być nudne, crosstown doughnuts dostępne z polewami yuzu, matcha czy bananową.

Informacje praktyczne:

Sprzedawcy zaczynają obsługę około 11:30, kończą około godziny 14 (by uniknąć tłumów najlepiej być tu przed 12:30).

Pobliskie stacje metra: Farringdon oraz Chancery Lane; albo około 10-minutowy spacer od katedry Świętego Pawła.

Whitecross Street Market

Tuż obok jednego z największych w Europie centrów sztuki, Barbican, rozciąga się na ulicy Whitecross targ, który po szczęśliwej rewitalizacji służy jako stołówka dla pracowników okolicznych biur i mieszkańców modnej dzielnicy. Tradycje targowe ulicy Whitecross sięgają XIX wieku, ale o ile w czasach zamierzchłych ulica ta zaopatrywała biednych i wynędzniałych, o tyle dziś oferuje lunchowe rarytasy ze wszystkich kontynentów dla wymagających. Jedynie niewygórowane ceny pozostają wierne tradycji.

Dla podtrzymania zainteresowania stałych bywalców wiele tutejszych jadłodajni codziennie zmienia menu, stąd wizyta na tym targu nigdy nie nudzi. Taką taktykę stosuje ogromnie popularna Karuna z indyjskimi daniami wegetariańskimi, gdzie do porcji ryżu i surówki dobiera się trzy dowolne sosy (wszystkie doskonałe), czy Holmesbake z wyborem brytyjskich tart (pie) z tradycyjnym (baranina) i mniej tradycyjnym nadzieniem (na przykład ser stilon). Tarty pieczone na miejscu, podawane z chrupiącymi frytkami, klasycznym purée z groszku i sosem, mogą konkurować z ofertą najlepszych londyńskich jadłodajni.

Lokalną specjalnością są wywodzące się z Brazylii placki z kassawy (mąki maniokowej), które w wersji brytyjskiej serwuje się z szerokim wyborem sycących dodatków (cheddar, mięso, tuńczyk, oliwki, warzywa). Jak mówi rzutki sprzedawca Beijummy: „Placki pochodzą z Brazylii, tyle że w Brazylii raczej podaje się je na słodko. I tak też robiliśmy na początku, ale dopiero po wprowadzeniu innych dodatków zaczęły się sprzedawać”. Po liczbie oczekujących można sądzić, że elastyczność kulinarna wyszła na dobre. Na tym oferta brazylijska targu się nie kończy. Kilka straganów dalej dym z paleniska przyciąga do skwierczących espetinhos, czyli brazylijskich szaszłyków Brazil Flavour. Obok zestawów z szaszłykami dostaniemy tu również portugalską feijoadę z mięsem i czarną fasolą, moquecę, czyli potrawkę z ryby z warzywami, czosnkiem i kolendrą, czy zapiekankę z kassawy.

Na chcących coś zjeść w biegu czeka bogata oferta wrapów: „najlepsze burritos” z Luardos Burritos, najbarwniejszego busa na ulicy, tureckie placki gözleme wypiekane na miejscu i serwowane z całym zestawem śródziemnomorskich dodatków do wyboru czy innowacyjne bibimbapy na płacie wodorostów nori (coś jak wielkie sushi) w Bubble Wrap.

Jak prawie wszędzie w Londynie, wegetarianie i weganie znajdą coś dla siebie u większości sprzedawców; poza wspomnianą Karuną tłumy ustawiają się w kolejce do wozu Buddha Bowl po urozmaicone i bardzo zdrowe zestawy makaronu z curry, kimchi, warzywami, ziarnami i dzikim ryżem. Na lżejszą przekąskę doskonałe będą wegańskie sałatki czy dolmades (gołąbki z liści winorośli).

Główną część ulicy targowej zamyka stragan A la French Galettes, który od ponad 10 lat przyciąga tłumy do naleśników gryczanych z nieortodoksyjnymi dodatkami, takimi jak ratatouille, jajko sadzone czy grillowany bakłażan. Jak się okazuje, pomysł, który w polskich miejscowościach nadmorskich jest standardem, w Wielkiej Brytanii był objawieniem. „Kiedy zaczynałam, naleśniki z takimi dodatkami były zupełną nowością, ale bardzo szybko się przyjęło. Zobaczę, jak będzie we Francji, do której wracam w tym roku”, zdradza sprzedawczyni. Smutny wzrok klientki w reakcji na to wyznanie dowodzi, że pomysł z naleśnikami zdobył serca bywalców targu. Właścicielka na pocieszenie dodaje, że naleśnikarnię będzie prowadził jej obecny wspólnik.

Informacje praktyczne:

Whitecross Street Market jest położony w odległości 5-10 minut spaceru od stacji metra Barbican, Old Street czy Moorgate.

Targ jest czynny od poniedziałku do piątku, w godzinach 11:30-14:00; po 12:30 trzeba nastawić się na długie kolejki.

W pogodne dni kupione na targu jedzenie można zjeść w pobliskim parku Fortune Street lub w pubie The Two Brewers, który przy zakupie piwa zezwala na spożywanie własnego prowiantu.

Borough Market – Harrods londyńskich targów

Ten reklamujący się jako najstarszy w mieście targ z żywnością (w okolicy handlowano już ponoć w czasach rzymskich) zachwyca wiktoriańską halą targową i bogactwem wiktuałów, którego mogą pozazdrościć najlepsze paryskie delikatesy. W Londynie krąży opinia, że jeśli jakiegoś składnika nie można dostać tutaj, to pewnie nie istnieje albo jest poza sezonem. To znajduje potwierdzenie w praktyce, gdyż w godzinach nocnych targ służy jako miejsce zaopatrzenia najlepszych londyńskich restauracji oraz domykania bardziej wysublimowanych zamówień, wśród których transport świeżej mozzarelli prywatnym samolotem z Włoch ponoć nie jest największą ekstrawagancją. Podążając za najnowszymi trendami gastronomicznymi, które w Londynie bardzo szybko stają się normą, restauratorzy skupiają się głównie na żywności produkowanej ekologicznie i jak najbliżej Londynu. Omawiane są też szczegóły wizytacji farm poprzedzających decyzję o współpracy, gdyż dbałość o jakość nie jest w Londynie wyłącznie sloganem.

Dla innych targ jest kulinarnym jarmarkiem próżności, na którym w dobrej atmosferze można przebierać w ofercie produktów z całego świata i Wielkiej Brytanii, choć po raczej wygórowanych cenach. Wyjątkiem cenowym są nie droższe niż gdzie indziej mięsa i ryby, te ostatnie wyprzedawane nierzadko z dużą zniżką przed zamknięciem targu. Specyfiką bazaru jest to, że niektórzy sprzedawcy mięsa i ryb serwują też dania na wynos. I to właśnie ich burgery, smażone krewetki czy przegrzebki wygrywają konkurencję z pozostałą ofertą dań na wynos.

Tak więc na skrzyżowaniu antycznego z nowoczesnym, w cieniu wspaniałej katedry Southwark (wartej odwiedzenia) oraz najwyższego wieżowca w Europie The Shard, można wybierać z oferty wędlin i serów z całego kontynentu, w większości organicznych oraz pochodzących ze specyficznego regionu, gdyż metka „narodowa” przestaje wystarczać. Obok zadomowionych już produktów włoskich i hiszpańskich znajdziemy tu sklep z wędlinami, serami, miodami, a nawet truflami z egzotycznej dla Brytyjczyków Chorwacji. U sprzedawców importowanych serów czeka cała gama serów francuskich i szwajcarskich, łącznie z gatunkami trudno dostępnymi nawet w Paryżu (jak alpejski beaufourt). Testowanie serów czy wędlin jest normą, więc nie trzeba kupować w ciemno.

Dzięki efektowi nowości uwagę przyciągają propozycje brytyjskie (zmieniające się dość często), takie jak produkty Blackwoods Cheese Company, wytwarzającej doskonałe świeże i pleśniowe sery w nieodległym Kent, czy sezonowane brytyjskie wędliny od Cannon & Cannon, proponującej między innymi salami z wodorostami i cydrem. Jeśli chodzi o żywność lokalną i organiczną, u sympatycznej pani z Mini Magoo’s Cereals dostaniemy płatki śniadaniowe wytwarzane w Londynie z organicznych składników i z pomysłowymi dodatkami typu karmelizowany imbir, a w Minicrops – mikrosałaty i zioła zwiastujące erę „postorganiczną”.

Fanów morskich smaków ucieszą świeże ostrygi, które w radosnym towarzystwie można wysysać do lampki francuskiego wina. Nie tylko jego zapasy można na targu uzupełnić – warto skorzystać z imponującej oferty produktów śródziemnomorskich: oliwek, przypraw i oliw, a także zaopatrzyć się w najlepszą świeżą i sezonowaną organiczną wieprzowinę, dziczyznę, drób, w tym przepiórki czy bażanty. Borough Market bowiem to jeden z nielicznych londyńskich adresów, pod którym miłośnicy dobrego rosołu upolują domową kurę (albo doskonałe na rosół kurze szkielety) czy kości z dowolnego rodzaju mięs do przygotowania wywaru.

Informacje praktyczne:

Targ jest czynny codziennie z wyjątkiem niedziel (w poniedziałki i we wtorki wystawia się tylko część sprzedawców), w godzinach 10-17; wiele stoisk pakuje się około godziny 16.

Najbliższa stacja metra: London Bridge; albo spacerem nad Tamizą z londyńskiego City.

Kings Cross Market – egzotyczna strawa dla podróżnych

Po kanapki na podróż, przekąskę po wyjściu z pociągu i najsmaczniejszy początek zwiedzania Londynu koniecznie trzeba wybrać się na Real Food Market, organizowany od jakiegoś czasu przed pięknym skądinąd dworcem Kings Cross (a także obok najbardziej imponującego dworca londyńskiego St Pancras, który obsługuje połączenia kolejowe z Europą).

Nastawieni na klientów w biegu lokalni sprzedawcy specjalizują się raczej w przekąskach niż pełnych daniach. Podróżny zaopatrzy się zatem w apetyczne brytyjskie paszteciki, indyjskie bhaji, marokańskie falafele czy wegańskie quiche’e. Mięsożercy mogą spróbować afrykańskich przekąsek z suszonej wołowiny biltong oraz polskich kabanosów, kiełbas i pierogów gigantów – dużych i sycących, dostosowanych do potrzeb podróżnych. Popularność tej rzadkiej na londyńskich bazarach rodzimej propozycji dowodzi potencjału eksportowego polskich smakołyków.

Z opcji deserowych dostępne są portugalskie pastéis de nata, ociekające czekoladą brownies, a także sycylijskie cannoli nadziewane na miejscu i podawane z całym bogactwem dodatków: od czekolady, przez pomarańczę, po figi i pistacje.

W dni, kiedy targ jest nieczynny, lukę wypełnia świetnie zaopatrzony (choć nietani) sklep z rarytasami, serami, wędlinami, słodyczami, pieczywem, ciastami – Sourced Market w hali głównej dworca St Pancras. A także zadaszony Canopy Market, czynny w godzinach popołudniowych od piątku do niedzieli, tuż za stacją Kings Cross.

Informacje praktyczne:

Targ Kings Cross Market (organizowany przez Real Food Market) odbywa się przed halą główną dworca Kings Cross od środy do piątku w godzinach 12-19.

W tych samych dniach w porze lunchowej gorące dania uliczne można kupić na targu nazywanym Kerb na Granary Square, kilka minut spacerem za dworcem Kings Cross.

Weekendowe brunchownie

Być może falę zamykania licznych restauracji średniej półki (szczególnie tych sieciowych) wywołał wzrost liczby miejsc z ulicznym jedzeniem – te wyrastają jak grzyby po deszczu w każdym możliwym do zagospodarowania zakątku miasta. Trudno się dziwić, przy brytyjskiej aurze sprzyjającej spacerom oraz coraz bardziej zindywidualizowanym gustom kulinarnym o wiele prościej zadowolić całą rodzinę czy znajomych tam, gdzie można skorzystać z propozycji kilkunastu kuchni świata w każdym możliwym wariancie dietetycznym, i to za połowę ceny restauracyjnej. Gotowanie w ciasnych londyńskich kuchniach, nierzadko dzielonych ze współlokatorami, coraz częściej zastępuje się zatem wspólną wyprawą na weekendowy targ jedzeniowy.

Przyjrzyjmy się dwóm propozycjom targów, które są otwarte również (lub tylko) w niedziele.

Maltby Street Market

Malowniczo położony wzdłuż wiktoriańskiego wiaduktu kolejowego (na miejscu dawnego warsztatu wyrabiania lin) przyciąga co weekend tłumy lokalnych bywalców oraz turystów, którzy zbłądzą tu przy okazji spaceru po pobliskim Tower Bridge.

Podobnie jak w przypadku Broadway Market, targ nastawia się na młodych i wymagających klientów, którzy na dobre jedzenie są w stanie wydać więcej. Stąd też ceny są nieco wyższe niż na innych targach. Oprócz znanych z Broadway Market burgerów z kaczką, jajek po szkocku i gofrów z bekonem można tu zjeść niemieckie hot dogi słynnego w Londynie Herman ze German, potężne porcje smażonych na miejscu pierożków gyoza czy doskonałe falafele z surówkami i humusem (najekonomiczniejsza propozycja na targu). Jaroszy powinny zadowolić pieczone na ogniu w pomysłowych przenośnych piecykach pizze wegańskie czy potrawka z ciecierzycy z morelami egzotycznego indyjsko-perskiego mariażu kulinarnego.

Z oferty deserowej mamy do wyboru tarty z Comptoir Gourmand, które są tak piękne, że żal je jeść, równie urodziwe babeczki cynamonowe canelés z Bordeaux oraz ociekające czekoladą i karmelem „niegrzeczne” bad brownies. Dbającym o linię (choć bez przesady) pozostają świeżo wyciskane soki owocowe oraz – kilka metrów dalej – egzotyczne koktajle podawane w łupinie ananasa od pana w Love Shack.

Informacje praktyczne:

Najbliższe stacje metra: London Bridge i Bermondsey

Targ czynny w soboty i niedziele w godzinach 10-16 (w sobotę godzinę dłużej).

Victoria Park Market

Ten całkiem nowy londyński targ (otwarty w 2017 roku), położony w sercu jednego z najpiękniejszych parków królewskich, Victoria, bardzo szybko zdobył serca niedzielnych spacerowiczów.

Spośród ponad 50 sprzedawców uwagę przyciąga otwierający aleję The Piadina Project, opiekający na miejscu chlebki włoskiego pochodzenia z sycącymi dodatkami w postaci kurzych udek, grillowanej pancetty, rukoli i intrygujących sosów typu „atramentowy majonez”. Kolejnym stoiskiem nienadążającym z obsługą chętnych jest The Patate – tu francuski team smaży na bieżąco kilogramy wołowiny po burgundzku na flagowy burger bourguignon. Miłośnicy kuchni filipińskiej znajdą naprzeciwko propozycję o znajomo brzmiącej nazwie – kurczaka adobo – oraz inne, rzadko spotykane w Europie dania z tej części Azji. Preferujących klasyczne smaki ucieszy widok skwierczących burgerów i bekonu pochodzącego z organicznej farmy w Leicestershire czy naleśniki z dowolnymi dodatkami w Crêpese à la Carte. Zestaw uzupełni wywar z kości o wyjątkowych właściwościach zdrowotnych, na który z pewnym opóźnieniem moda przybyła do Londynu prosto z Nowego Jorku.

Oczywiście weganie i wegetarianie także znajdą tu coś dla siebie: wegańskie burgery, apetyczne tarty i quiche’e z dodatkami w całej gamie kolorystycznej (na przykład z burakami), organiczne i wegańskie sery i pasty orzechowe oraz pasztet z grzybów według rodzinnego przepisu, przekazywanego od pokoleń.

Na targu można też zaopatrzyć się w warzywa i owoce w sam raz na piknik w parku oraz klasyczne ciastka z otrębów wielkości talerza. Jednak najsłuszniejszym wyborem deserowym będą najlepsze w Londynie lody z automatu z vana Mrs Softee parkującego w pobliżu wejścia na targ.

Informacje praktyczne:

Najbliższa stacja metra: Mile End. Targ rozciąga się w parku Victoria od Bonner Gate (przy kanale Regent’s).

Targ jest czynny wyłącznie w niedziele w godzinach 10-16 (większość stoisk pakuje się około 15:30); imponujący i zadbany park Victoria, w którym się mieści, jest atrakcyjną alternatywą dla głównych parków śródmiejskich – piękny i bez turystów.

Uwaga: na całym targu obowiązuje płatność wyłącznie bezgotówkowa, stąd konieczność posiadania karty lub telefonu z płatnością bezdotykową.


© KUKBUK 2018