Z jego pracowni wyszły deska dla Jamiego Olivera i pałeczki dla Tajwańczyków - KUKBUK

Z jego pracowni wyszły deska dla Jamiego Olivera i pałeczki dla Tajwańczyków

Na początku wszyscy pukali się w głowę, że robię deski kuchenne z wypłukanych w potoku kawałków drewna. Aż w 2010 roku przyszedł do nas z Zachodu boom kulinarny, gotowanie zrobiło się modne – mówi Jarek Berdak, artysta rzemieślnik, twórca marki I Love Nature.

Rozmawiał: Jacek Hołub
Zdjęcia: materiały promocyjne / I love nature

Jacek Hołub: Robione przez pana deski, patery i misy można zobaczyć na zdjęciach w portalach i pismach kulinarnych z całego świata, od Włoch po Chiny. Jeden z polskich dziennikarzy napisał, że „ich proste formy oddają hołd naturalnym sękom i doskonałym drewnianym niedoskonałościom”.

Jarek Berdak: Staram się wykorzystywać to, co widzę w drewnie, i zawrzeć to w finalnym produkcie. Zostawiam naturalne dziury i sęki. Nie da się stworzyć dwóch identycznych przedmiotów z naturalnego drewna.

Na drewnie, które wykorzystuje pan w swoich pracach, widać upływ czasu. Skąd pan je bierze?

To twarde drewno liściaste, takie jak dąb, jesion, klon. Najczęściej wyszukuję je w starych składach i nieczynnych tartakach. Skupuję różne ścinki, kawałki, które zwykłemu stolarzowi wydają się niedoskonałe i nieprzydatne. Czasem ktoś na wsi ma odłożone dawno temu deski na jakieś schody albo wiatę. Dla mnie to skarby, a ludzie tym palą w piecach. Rzadziej się zdarza, że coś znajduję w lesie. Gdy mieszkałem w górach, znosiłem do domu fragmenty drewna z wiatrołomów albo wyłowionego z potoków.

Korzystam też z nowego drewna. Wiem, że to fajnie by brzmiało, ale nie używam desek z rozebranych starych stodół czy chałup. Nadają się najwyżej jako tło do zdjęć.

Co było pierwsze: zdjęcia czy praca z drewnem?

Mój ojciec był znanym na całym świecie artystą fotografem, aparat towarzyszył mi od dziecka. A ponieważ kuchnia i gotowanie to moja pasja, zająłem się między innymi fotografią kulinarną. Potrzebowałem do tego rekwizytów, więc postanowiłem tworzyć je sam. Ale nie zacząłem od razu. Pracy w drewnie nauczyłem się od zaprzyjaźnionego rzeźbiarza i rusznikarza spod Opola. Na początku robiłem lampy i drobne elementy ozdobne do wnętrz. Dopiero potem skoncentrowałem się na kuchni. Zacząłem robić dla siebie deski, patery i różne akcesoria. Znajomym się spodobało, pytali, czy zrobiłbym im to czy tamto. Stwierdziłem, że skoro ludzie pytają, to może zacznę to robić na sprzedaż. Na początku wszyscy pukali się w głowę, że robię deski kuchenne z wypłukanych w potoku kawałków drewna. Sprzedawały się słabo. Aż w 2010 roku przyszedł do nas z Zachodu boom kulinarny, gotowanie zrobiło się modne. W Polsce nie było rękodzielników, którzy wytwarzaliby podobne rzeczy.

I tak z pana desek i innych akcesoriów zaczęli korzystać najpopularniejsi mistrzowie kuchni celebryci, między innymi Pascal Brodnicki i Karol Okrasa.

W kulinarnym światku poszła fama, że robię fajne przedmioty. Ich zdjęcia wrzucam na stronę I LoveNature i na portale społecznościowe: Facebooka, Instagram, Pinterest, który przyciągnął klientów z zagranicy.

Tak trafił na pana znany brytyjski mistrz kuchni i prezenter Jamie Oliver?

To mój najsławniejszy klient. Zdecydowało szczęście. Odezwała się do mnie agencja fotograficzna, która przygotowywała zdjęcia do jego książki. Spodobały im się moje tła i deski. Z kolei David Lebovitz, były szef kuchni słynnej kalifornijskiej restauracji Chez Panisse, cukiernik i autor książek, sam trafił na stronę internetową I Love Nature i zrobił zakupy. Mam klientów z całej Europy, Azji i obu Ameryk. Robiłem deski do włoskiej restauracji w Korei Południowej. Na Tajwanie zachwycali się, że ktoś w Polsce robi pałeczki.

Drewno na pałeczki różni się od tego na nasze sztućce?

Najważniejsze jest znalezienie odpowiednich kawałków. Jeżeli drewno będzie miało niewłaściwy układ słoi, to pałeczki po wielokrotnym użyciu będą się krzywiły. Oczywiście wykorzystuję twarde drewno, z miękkiego wyszłyby jednorazowe.

Bywa, że wykonanie kompletu pałeczek, sztućca czy widelca zajmuje mi tyle czasu, ile zrobienie kilku desek. Każdą małą łyżeczkę trzeba wyprofilować, zrobić w niej wgłębienie i idealnie ją wykończyć. Od strony zarobkowej to kompletnie nierentowne, ale ja po prostu lubię robić ładne rzeczy.

Ile czasu zajmuje panu zrobienie deski?

Często słyszę to pytanie, ale trudno mi to policzyć. Deska desce nierówna. Jedną robię w pół godziny, inną w dwie. Zanim jednak zabiorę się do roboty, muszę znaleźć właściwy kawałek materiału, zastanowić się, jak deska ma wyglądać, wyrysować ją. Wycięcie i wykończenie jest na samym końcu. Wszystkie przedmioty wykańczam ręcznie, z dbałością o każdy detal. Szlifuję je różnymi gradacjami papieru, niektóre dodatkowo poleruję, a na koniec zabezpieczam olejem.

Co jest ważniejsze w robionych przez pana przedmiotach: estetyka czy walor użytkowy?

Bardzo dużą wagę przykładam do walorów estetycznych, do wykończenia i detali. Zmysł artystyczny mam po ojcu, mama była aktorką, wujek artystą malarzem. Patrzę oczami estety, a że sam gotuję, to wiem, co z czego zrobić. Nie potrafię zrobić deski na szybko, byle wyciąć i wysłać do klienta. Jeżeli coś mi się nie spodoba, nie wystawiam tego na sprzedaż.

Ale to, co pan robi, to sztuka użytkowa. Pańskie akcesoria nie stoją za szybą, ludzie z nich korzystają.

Do każdego przedmiotu dołączam opis jego przeznaczenia, jeden służy do codziennej eksploatacji, inny do dekoracji. Seria desek „antique”, z bardzo starego, popękanego i wypaczonego drewna, przeznaczona jest do profesjonalnych sesji fotograficznych, można je zobaczyć między innymi na zdjęciach na włoskim portalu kulinarnym La Cucina Italiana. Służą także do serwowania różnych produktów, na przykład serów. Deski do krojenia wykonuję z innego drewna, które spełnia wymogi twardości i nie podda się pod nożem.

Jakiego rodzaju konserwacji wymagają drewniane deski i sztućce?

Wszystkie moje produkty są pokryte włoskim olejem do impregnacji drewna przeznaczonym do kontaktu z żywnością, spełniającym niezbędne normy i posiadającym certyfikat VOC Free. W domowych warunkach można je konserwować olejem ryżowym, kokosowym czy z orzechów włoskich. Ważne, żeby nie był to najtańszy olej do smażenia, który zjełczeje. Drewnianych akcesoriów nie można myć w zmywarce. Można je normalnie umyć detergentem, wytrzeć do sucha, a po dłuższym użytkowaniu zaimpregnować.

Nie kusi pana, żeby poszerzyć asortyment, na przykład o meble?

Wiele osób mi podpowiada: zacznij robić stoły. Nie da się robić wszystkiego. Wolę skupić się na tym, co najbardziej lubię robić i najlepiej potrafię. Zacząłem I Love Nature z klimatem kulinarnym i z takim profilem chcę to ciągnąć. Chociaż czasem nie jest łatwo. W Polsce nie wszystkich stać na moje rzeczy, a dla niektórych klientów z Zachodu, na przykład w przeliczeniu na dolary, są one podejrzanie tanie – zastanawiają się, czy to aby na pewno dobry produkt. Zdarza się, że klienci z zagranicy piszą do mnie: „Zapłacę ci więcej, to jest za tanie”.

Marka I Love Nature to nie tylko przedmioty. Chce pan także inspirować do bycia bliżej natury.

Marka I Love Nature powstała, gdy mieszkałem w górach. To tam zasmakowałem w niespiesznym, spokojnym życiu. Moje prace i zdjęcia, które można zobaczyć na Instagramie, są odzwierciedleniem tej filozofii.

To nie tak, że mieszkałem w wielkim mieście, pracowałem w korporacji, aż w końcu to rzuciłem i uciekłem na wieś. Wychowałem się w bloku w Opolu, przeprowadzałem się kilkanaście razy, ale zawsze ciągnęło mnie w góry. Moje życie potoczyło się tak, że teraz osiadłem w drewnianym domu w lesie pod Warszawą. Wciąż jednak jestem wierny stylowi życia, który wybrałem, gdy mieszkałem w pobliżu Gubałówki. Miejsce nie jest najważniejsze, można fajnie żyć 38 kilometrów od Pałacu Kultury i Nauki. Staram się tworzyć swój świat i swoje slow life tam, gdzie jestem. Równie dobrze mógłbym mieszkać i pracować w Nowym Jorku. Nie jestem typem człowieka, który chodzi w lnianych spodniach i czyta przy świecach. Bliskość Warszawy ma też swoje plusy. O wiele łatwiej mi tutaj pracować, bo w stolicy mam wielu klientów.

Ile godzin dziennie spędza pan w pracowni?

Nie mam wyznaczonych godzin pracy. Gdy coś wymyślę, potrafię pójść do pracowni nawet w nocy. To plus i minus pracy w domu. Gdybym nie miał w sobie tego dystansu, którego nauczyłem się w górach, pewnie wpadłbym w wir warszawskiego tempa i konsumpcjonizmu. Trudno byłoby mi sobie powiedzieć: dziś nie pracuję – goniłbym za zamówieniami i całymi dniami siedział w pracowni. Pilnuję się, żeby do tego nie doprowadzić, bo bardzo łatwo odpłynąć.

Rzeczywiście, w ofercie na stronie I Love Nature ma pan tylko ze 20 przedmiotów, głównie desek.

Akurat siedzę przed komputerem i dodaję na stronę różne rzeczy. Nie chcę wystawiać się na wszystkich targach i eventach z asortymentem 100 produktów. Robię tyle, ile jestem w stanie. Nie zamierzam produkować masówki kosztem jakości. Detal wymaga czasu.

Naprawdę nie myślał pan o tym, żeby bardziej rozkręcić firmę, gdy zaczęły przychodzić zamówienia?

Niektórzy mnie pytają, czemu nie zatrudnię kogoś do pomocy. Nigdy nie miałem takiego pomysłu. Gdyby I Love Nature stała się tylko firmą, fabryką czy linią produkcyjną, nie byłyby to już moje prace, nie byłoby w tym moich rąk i mnie. Przestałbym czerpać z tego przyjemność.

 

Jarek Berdak– twórca marki I Love Nature, artysta rzemieślnik, pasjonat gotowania i fotograf, autor zdjęć kulinarnych i natury. Z jego desek i akcesoriów korzystają między innymi Jamie Oliver i Pascal Brodnicki. Dwukrotnie, w latach 2017 i 2018, otrzymał certyfikat KUKBUK Poleca „za poetyckie nawiązanie do piękna natury i za pochwałę prostoty w projektowaniu przydatnych na co dzień przedmiotów z drewna”. Pochodzi z artystycznej rodziny: syn fotografa i aktorki.

Jacek Hołub – przez 13 lat pracował jako dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Za książkę „Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci” był nominowany do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej. Współautor reporterskiej biografii dyrektora Radia Maryja „Ojciec Tadeusz Rydzyk. Imperator”. Mieszka w Warszawie. Z wykształcenia politolog i PR-owiec. Żonaty, miłośnik przyrody, wędkuje.


© KUKBUK 2018