Tarallucci z peperoncino - KUKBUK

Tarallucci z peperoncino

Brak pomysłu na przekąskę? Pikantne ciastka z koprem włoskim rozwiążą problem.

Bartek Kieżuń

Bartek Kieżun

Bartek Kieżun

Krakowski Makaroniarz
Bartek Kieżun, z wykształcenia antropolog kultury, z zamiłowania kucharz. Miłośnik książek, nie tylko kulinarnych. Publikuje w magazynie KUKBUK, stale współpracuje z Radiem Kraków. Jako kucharz gotuje, karmi, prowadzi warsztaty, organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne oraz sędziuje na konkursach kulinarnych. Autor książki „Italia do zjedzenia"

tarallucci kukbuk

Dotarła do mnie, po wielu przygodach, wielka księga: „Kuchnia włoska”. Zajrzałem do środka, a tam tarallucci. Z losem się nie dyskutuje! Zabrałem się do roboty!

Stanęła przede mną kilogramowa torebka. A w zasadzie dwie torebki. Nie żeby same stanęły, Alfredo lub Leonardo z Kuchni Dantego je postawił. Zawartość torebek mieliśmy pochłaniać zbiorowo podczas części teoretycznej warsztatów. Santa Madonna, mam jeść stare, suche jak pustynia ciastka. Po co?

Ale odruchowo wsadziłem rękę do torebki i chwyciłem za krążek. Bo jeśli w okolicy jest coś, co da się zjeść, to czuję presję i wiem, że muszę to zrobić! Kiedy przegryzłem ten mały sucharek, zdałem sobie sprawę, że po pierwsze to wcale nie jest słodkie, po drugie jest pikantne i wreszcie – jest pyszne.

Kiedy ta torebka tak przede mną stała, czułem, że w zasadzie mam ją dla siebie, bo jakoś nikt do niej nie zaglądał. W przeciwieństwie do mnie. Ja zaglądałem tam bez przerwy. I gdy skończyły się te pikantne, sięgnąłem do drugiej torebki. A tam niespodzianka: to samo, ale inne, z finocchietto, koprem włoskim. I tak warsztaty trwały, a ja opróżniałem drugą torebkę, a co!

Oczywiście nie zapamiętałem, jak nazywa się to coś, co tak skutecznie wyjadałem. Jakoś na t… a dalej?

 

Kiedy byliśmy w Bolonii, spędziłem mnóstwo czasu na poszukiwaniu w sklepie tego czegoś. I nagle widzę: taralli, a zaraz obok tarallucci. I co tu wybrać? Rzecz jasna kupiłem obie paczki i do końca wyjazdu wysypywały mi się z kieszeni taralli albo tarallucci, albo jedne i drugie.

Choćby się bardzo chciało, nie można jeździć do Bolonii ani innego włoskiego miasta raz w tygodniu, więc by zapewnić sobie dostęp do tych małych chlebków, trzeba je po prostu upiec samemu, a w zasadzie najpierw ugotować, a potem upiec. Przepis na nie w wielu miejscach zaskakuje. Podobnie jak ich historia. Pierwotnie były wypiekane przez piekarzy z resztek ciasta, które zostało po wypieku chleba, i sprzedawane w okolicach Neapolu jako uliczne jedzenie z kosza przykrytego kocem, bo najlepsze są jeszcze ciepłe. Neapolitańczycy dodawali do nich smalec i migdały. Potem taralli przechwycili mieszkańcy sąsiedniej Apulii, wymyślili pikantne dodatki i dziś w całej Italii taralli są częścią rytuału zwanego aperitivo! Znana jest też wersja z czerwonym winem i cukrem – taką spotkałem w Rzymie na Campo de’ Fiori.

Ale nie wszystko naraz! Dziś proponuję wersję pikantną na dwa sposoby: z jajkiem i bez.

PS 1

Moim zdaniem te bez jajek są lepsze!

 

PS 2

Zajrzałem ostatnio do jednego z pierwszych wpisów i widzę ogromną zmianę! Rok temu uciekałem przed mąką jak diabeł przed święconą wodą, a dziś mam w kuchni mąkę manitobę i semolinę, i plan w głowie, by w końcu upiec ciabattę! Zmieniam się!

 

Alberto Massari, , Wydawnictwo Olesiejuk.

makaron peperoncino kukbuk
tarallucci kukbuk

Tarallucci

3 porcje j

Z mąki, jajek, oliwy i wina zagniatamy ciasto. Solimy, dosypujemy peperoncino i wyrabiamy przez minimum 10 minut. Ciasto odstawiamy na około pół godziny. Zagotowujemy wodę i rozgrzewamy piekarnik do 200°C. Od kuli ciasta odrywamy niewielki kawałek, formujemy z niego sznureczek grubości małego palca, długi na mniej więcej 8 centymetrów. Łączymy końcówki. Tak przygotowane precelki wrzucamy do wrzątku. Gdy wypłyną, wykładamy je na natłuszczoną blachę i pieczemy około pół godziny. Muszą się zrobić delikatnie złote. Wsypujemy do miski i jemy jeszcze ciepłe, najlepiej oglądając „Rzymskie wakacje”!


© KUKBUK 2018