Krakowskiego Makaroniarza przewodnik po Wenecji - KUKBUK

Krakowskiego Makaroniarza przewodnik po Wenecji

Grudzień w Wenecji to świetny pomysł. Idealny wręcz, gdy ma się kalosze i apetyt, bo można chodzić i jeść. I do tego mieć tę Wenecję dla siebie, na wyłączność. No prawie.
Bartek Kieżun

Bartek Kieżun

Krakowski Makaroniarz
Bartek Kieżun, z wykształcenia antropolog kultury, z zamiłowania kucharz. Miłośnik książek, nie tylko kulinarnych. Publikuje w magazynie KUKBUK, stale współpracuje z Radiem Kraków. Jako kucharz gotuje, karmi, prowadzi warsztaty, organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne oraz sędziuje na konkursach kulinarnych. Autor książki „Italia do zjedzenia"

Mój wcześniejszy wenecki przewodnik jest aktualny, dlatego dziś zrobię wersję z dodatkowymi adresami – dla tych, którym się spieszy i którzy planują spędzić w mieście nad laguną zaledwie 24 godziny.

Zacznijmy od śniadania. Sprawdziłem kilka nowych adresów. Jednak zanim je podam, musimy sobie wyjaśnić, czym jest włoskie śniadanie. To coś słodkiego i kawa z mlekiem: cappuccino lub café latte (samo latte to mleko – więc jeśli nie chcecie szklanki gorącego płynu prosto od krowy, dodajcie przy zamawianiu słowo „café”). Takie śniadanie zjadamy na stojąco, przy barze, bo przy stolikach siadają tylko turyści i milionerzy; trzeba wiedzieć, że jeśli korzystamy z krzesła, ceny rosną. Espresso na placu Świętego Marka – patrona Wenecji – w najpiękniejszym salonie Europy, jak powiedział (chyba) Napoleon, kosztuje 7,60. I nie jest to cena w złotówkach.

Zatem śniadanie. Dobrym wyjściem jest wyprawa do Rosa Salva. Adres to: Sestiere di San Marco 950 (po zejściu z mostu Rialto szukajcie sklepu Baty). Mają bardzo dobre ciastka i przyzwoitą kawę. Jeśli nie planujecie wyprawy do centrum, to mam dla was inny pomysł.

W Dorsoduro, na Calle San Pantalon 3764, znajduje się cukiernia Tonolo. Ja ją kocham. Panie są miłe i turystów traktują jak swoich, kawę podają w pięknych filiżankach i mają bignè. To małe ptysie nadziewane kremem chantilly albo zabaione. Te ostatnie mają w sobie tak nieprzyzwoitą ilość rumu, że prowadzenie auta po takim śniadaniu odpada! Ha! Przecież jesteście w Wenecji – tam nie ma samochodów! Bez obaw więc zamówcie dwa!

Potem szybka wyprawa do kościoła San Pantalon. Zadrzyjcie głowę wewnątrz, zobaczycie najpiękniejszy sufit w całej Italii. Malarz spadł z rusztowania po ukończeniu dzieła. Podziwiając je, po raz kolejny zresztą, doszliśmy do wniosku, że zepchnął go inwestor, bo nie chciał, by artysta swoje wyczyny powtórzył gdziekolwiek indziej. W prezbiterium po lewej stronie jest mała kaplica, będąca smakowitym kąskiem dla miłośników sztuki – otwarta dla zwiedzających całkiem niedawno, więc wydajcie 1 euro, bo warto!

Cicchetti w Dai Zemei to legenda. Adres Calle del Scaleter 1045/b dostałem od Kuby, z którym znamy się ze studiów, a kulinarną korespondencję prowadzimy od premiery pierwszego wydania „Italii do zjedzenia”. Grazie, Kuba! I już wracam do cicchetti. To małe kanapeczki z różnymi rzeczami na górze. Może to być na przykład karmelizowana cebula i salame albo mortadella okraszona marynowanymi grzybami. To najtańszy sposób na zaspokojenie głodu w Wenecji. Do tego zamawia się kieliszek prosecco lub innego regionalnego wina musującego i jest super! Po złapaniu oddechu ruszamy dalej, wszak mamy tylko 24 godziny. Idziemy w kierunku San Marco.

Museo Correr na Piazza San Marco 52 jest świetne, ale nieco zapomniane. Wejście w rogu słynnego placu nie robi mu najlepiej, potężna konkurencja Palazzo Ducale też nie. Ja jednak zachęcam. Na samym końcu zwiedzania, na piętrach Pinacoteki, znajduje się przewspaniały obraz Antonella da Messiny „Ecce homo”. Jest niedokończony, ale wrażenie pozostawia niezapomniane. Muzeum jest spore, a chodzenie po piętrach pozwala spalić kalorie, a skoro tak, to trzeba je uzupełnić!

Na Campo San Toma 28, do Forno Pavan wpadamy tylko na chwilę. Kupujemy tu bussolai i esse – kultowe weneckie ciasteczka. Piekarnia jak na Wenecję jest całkiem nowa, ma zaledwie 50 lat. Ciastka ma świetne, więc kupujemy je tu na prezenty dla przyjaciół i rodziny i lecimy dalej, bo czas na obiad.

Osteria Anice Stellato to kolejne miejsce polecone przez Kubę. Fondamenta de la Sensa 3272 to adres w mojej ulubionej weneckiej sestiere, czyli dzielnicy, Cannaregio. W Anice ceny nie należą do najniższych, ale karmią tam tak dobrze, że warto poskromić węża w kieszeni i zjeść wspaniały obiad. Cannaregio jako dzielnica jest jednak dość tania – dodam tylko. Półki przy barze pełne są świetnych win – sytuacja wyjątkowa, bo znajdziecie tu również, oprócz włoskich, wina ze Słowenii i z Francji. Wszystkie łączy jedno: są naturalne i robione tak jak przed laty. Zachęcam do zamówienia kieliszka pomarańczowego pinot grigio ze Słowenii, starzonego w akacjowych beczkach. Jest boskie, a jego wyjątkowy kolor bierze się z długiej maceracji winogron na skórkach – jak wyjaśniają sommelierzy.

Po obiedzie czas… coś przekąsić. Jesteście już w Cannaregio, macie rzut beretem do Vino Vero (mojej ulubionego weneckiego lokalu), ale zanim tam, to może jeszcze po drodze kościół Madonna dell’Orto. To piękne miejsce zdobi genialny obraz Tintoretta, weneckiego malarza okresu renesansu, o którym jeśli zacznę pisać, to prędko nie skończę, bo należę do grona wyznawców! Wisi w prezbiterium po prawej stronie, zajrzyjcie, a potem prędziutko do Vino Vero na kieliszek i cicchetti.

Campo Santa Margherita to idealny adres na koniec. Party zaczynacie o zmroku w Caffe Rosso (Sestiere Dorsoduro 2963). Jest szansa, że będzie problem z wejściem. Nic sobie z tego nie robiąc, pchacie się jak Włosi, z „permesso” na ustach – to coś na kształt „przepraszam”, choć mieści się w tym słowie dużo więcej, by można je było tak jednoznacznie tłumaczyć! W środku zamawiacie kieliszek paskudnego wina musującego i przypominacie sobie, jak to było kiedyś, na studiach. A potem, już po wyjściu, skierujcie się najpierw w prawo. Po kilku krokach waszym oczom ukaże się pizzeria, jeszcze mniejsza niż Rosso. Kawałek za 2,5 euro przed wizytą w kolejnym barze nie zaszkodzi. Wychodzicie na zewnątrz i kierując swoje kroki w lewo, zmierzacie w kierunku kościoła San Pantalon. Po paru minutach przed niewielkim lokalem o nazwie Chat zobaczycie kłębiący się tłum. Zaczynacie od „permesso” i… jesteście w środku. Zamawiacie Negroni (gin, wermut i campari) i zanim za niego zapłacicie, barmanka poinformuje was, że mówią na ten koktajl również Dobranoc, bo rzadko kto wytrzymuje więcej niż jeden. Ale przecież wy jesteście z Polski, a samolot macie dopiero rano! Trzymam kciuki.

PS

Moje zdjęcia z Chat są bardzo niewyraźne J, dlatego wam ich nie pokażę!


© KUKBUK 2018