Likier z kumkwatów - KUKBUK

Likier z kumkwatów

Są takie rzeczy – miejsca, książki czy autorzy – które chodzą za człowiekiem. Można je lekceważyć i udawać, że wcale tak nie jest. Koniec końców okaże się, że to na nic, bo i tak dopną swego!
Bartek Kieżun

Bartek Kieżun

Krakowski Makaroniarz
Bartek Kieżun, z wykształcenia antropolog kultury, z zamiłowania kucharz. Miłośnik książek, nie tylko kulinarnych. Publikuje w magazynie KUKBUK, stale współpracuje z Radiem Kraków. Jako kucharz gotuje, karmi, prowadzi warsztaty, organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne oraz sędziuje na konkursach kulinarnych. Autor książki „Italia do zjedzenia"

kumkwat prowansja krakowski makaroniarz3

Lawrence Durrell chodził za mną jeszcze w czasach, kiedy czytałem niektóre książki, aby zaimponować samemu sobie, jak poważne rzeczy rozumiem. Próbę podjąłem, nic oczywiście nie zrozumiałem. Zapomniałem szybko, bo nawet nie skończyłem, odstawiłem na półkę i tylko od czasu do czasu przypominało mi się, że rzecz, którą miałem w rękach, nie była tą, którą mieć w nich powinienem. „Kwartetu aleksandryjskiego” po prostu nigdzie nie znalazłem.

Czekałem więc i czekałem, bo wiedziałem, że jak będzie trzeba, to mnie Durrell dopadnie. I faktycznie, zrobił to, tyle że z zupełnie innej strony, niż się spodziewałem. „Kwartet…” uparcie mi się wymykał, ale w ręce wpadła „Prowansja”. Zbiór esejów o jednym z najpiękniejszych regionów Francji wydawał się idealną lekturą na wczesną jesień. Należało się spodziewać, że będzie nieco o lawendzie i o van Goghu, a okazało się, że jest więcej o starożytnym Rzymie i o wielkim dziedzictwie, jakie Rzymianie pozostawili na tym stosunkowo odległym od Italii fragmencie wybrzeża. Zatopiłem się w lekturze i nim dotarłem do połowy, za zakładkę służył mi bilet lotniczy do Marsylii. Przypomniał mi się wtedy „Kwartet…”, do którego jako dziecku (trochę większemu, ale nadal szczeniakowi) nie udało mi się dotrzeć. Sprawdziłem i okazało się, że nadal jest nie do dostania; owszem, było w Polsce jedno wydanie, ale jego cena znacznie przewyższała cenę biletów do Prowansji, i to dla dwóch osób.

kumkwat prowansja krakowski makaroniarz4

Zazgrzytałem zębami, poleciałem do Francji, odbyłem pielgrzymkę śladami Durrella – i wtedy dowiedziałem się, że będzie wznowienie. Czekałem więc na pierwszy tom, czyli „Justynę”, trzęsąc się ze zniecierpliwienia, choć jednocześnie pełen obaw.

Często bowiem bywa tak, że kiedy człowiek jest już stary, jak ja, to mu lektury, te, które powinien przeczytać jako licealista, nie wchodzą, bo inny u niego poziom egzaltacji i trudniej pisarzom uwierzyć.

Oczekiwanie umilałem sobie na dwa sposoby. Pierwszy z nich to były powtórki z „Prowansji”, zwłaszcza fragmentów dotyczących starożytnego miasta Glanum. Zamieszkane przez Ligurów – tych od Ligurii – a później przez Rzymian, świetnie funkcjonowało przez parę stuleci. Miało własne forum i walutę, było doskonale położone przy Via Domizia, drodze łączącej, tak z grubsza, Turyn z Barceloną. Dziś pozostały po nim ruiny i świetnie zachowane dwa obiekty użyteczności publicznej, by tak rzec. Pierwszy z nich to łuk triumfalny, sławiący potęgę Rzymu, który mimo że odległy, miał być groźny, a drugi to mauzoleum Julii – mieszkanki miasta, o której niewiele więcej wiadomo. Oba leżą przy drodze wiodącej do Arles z północy. Trafiliśmy tam zupełnym przypadkiem i urzeczeni zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę. Drugim sposobem na umilenie sobie oczekiwania było oglądanie serialu BBC o rodzinie Durrellów, która po śmierci seniora rodu udała się na dobrowolną emigrację na Korfu. To pewnie wtedy Lawrence Durrell odkrył, że jego miejscem na ziemi jest wybrzeże Morza Śródziemnego.

kumkwat prowansja krakowski makaroniarz2

On sam był jeszcze wówczas wyjątkowo nieznośnym 20-latkiem, jego brat Gerald zbierał zwierzęta, by je obserwować, a w przyszłości zostać zoologiem, siostra była krnąbrną nastolatką, a matka usiłowała utrzymać wszystkich w ryzach – jakichkolwiek. Drugi brat Lawrence’a zaś, okropny jak grudniowa mżawka, postanowił ratować będącą w ruinie rodzinę produkcją likieru z kumkwatów.

Kiedy pierwsza część „Kwartetu aleksandryjskiego” w końcu wpadła mi w ręce, okazało się, że aż tak bardzo się nie zestarzałem. On sam zresztą też nie. Przepadłem na chwilę, by do żywych powrócić z planem, a w zasadzie z dwoma. Pierwszy: doczytam „Kwartet…” do końca i będę czekał na kolejne tomy, które także mają się ukazać. Drugi zaś taki, że umilę sobie zimę likierem z kumkwatów, bo trwa sezon na europejskie cytrusy. Najwięcej czasu zajęło mi znalezienie owoców, potem poszło już z górki.

kumkwat prowansja krakowski makaroniarz1
kumkwat prowansja krakowski makaroniarz3

Likier z kumkwatów

Małe słodkie co nieco na długie zimowe wieczory.

Kumkwaty myjemy dokładnie. W każdym robimy dziurę niewielkim nożem, wbijając go w sam środek owocu. Cukier rozpuszczamy we wrzątku. Czekamy, aż ostygnie. Mieszamy ze spirytusem i zalewamy owoce w słoju. Zakręcamy i odstawiamy na 20 albo 40 dni. Grecy z Korfu nie są co do tego zgodni, choć, jak się okazało, ten likier to ich wyspiarski powód do dumy. Ja mam plan spróbować po 20 dniach i odstawić na kolejnych 20. Zobaczymy, kiedy będzie lepszy. W obu wypadkach mam zamiar wznieść toast za panią Louisę Dixie Durrell, która zdecydowała się na wyjazd na Korfu z całą rodziną, bo wiele dobrego z tego wyniknęło! Εβίβα – jak mawiają Grecy!


© KUKBUK 2018