Krakowski Makaroniarz i lody, które zawiodły - KUKBUK

Krakowski Makaroniarz i lody, które zawiodły

Przemierzaliśmy Kalabrię w poszukiwaniu atrakcji kulinarnych i tych mających związek z historią sztuki. Trafiliśmy na truskawki, a tego nie spodziewaliśmy się wcale.
Bartek Kieżun

Bartek Kieżun

Krakowski Makaroniarz
Bartek Kieżun, z wykształcenia antropolog kultury, z zamiłowania kucharz. Miłośnik książek, nie tylko kulinarnych. Publikuje w magazynie KUKBUK, stale współpracuje z Radiem Kraków. Jako kucharz gotuje, karmi, prowadzi warsztaty, organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne oraz sędziuje na konkursach kulinarnych. Autor książki „Italia do zjedzenia"

Trafiliśmy przypadkiem zupełnym, bo kończyło nam się paliwo i to w sposób dość dramatyczny, bo wynajęte auto nie raczyło poinformować nas o tym fakcie ani piknięciem dzwonka ani zapaleniem kontrolki. Przypadkowy rzut oka na zegary był tym, co skłoniło nas do natychmiastowego poszukiwania stacji benzynowej. Byłem zajęty powtarzaniem zdania „jeszcze tylko dwa kilometry!”, kiedy moim oczom ukazała się ciężarówka, będąca najwyraźniej sklepem owocowo-warzywnym. Auto jak auto, ale stało na poboczu, dookoła niego kłębił się tłum, a napisy na białych deskach porozstawianych tu i ówdzie na jezdni w zasadzie głosiły jednoznacznie: fragole di Pizzo!

Hę? – zdobyłem się na tyle. Pizzo kojarzyło mi się z jedzeniem, konkretnie z lodami, a jeszcze konkretniej z czymś na co mówi się trufle, czyli tartufo di Pizzo, a nie z truskawami. Zatrzymaliśmy się więc na chwilę.

Wygrzebałem nieco gotówki z kieszeni i wróciłem do auta dzierżąc w rękach pudełko. Wcinając truskawki pojechaliśmy dalej szukać stacji benzynowej.

Ukazała się nam po chwili niezbyt długiej nawet, ale truskawek już nie mieliśmy. Zatankowaliśmy więc, zawróciliśmy i pojechaliśmy po kolejne pudełko owoców. Kalabryjskie są zupełnie inne niż polskie, większe, pełne fantastycznego aromatu, smaku jest nieco mniej, ale byliśmy wyposzczeni po polskiej zimie, więc nic nam nie przeszkadzało.

Opchani truskawkami po uszy ruszyliśmy na lody do Pizzo. Miasteczko z zamkiem, na skale z widokiem na zatokę, ma urok włoskiego południa. Nieco tam brudno, ale za to do cna szczerze i każdy chce się zaopiekować przybyszami. Lody zwane tarfufo były w każdej kawiarni przy głównym placu, czyli Piazza Repubblica. My jednak mijaliśmy je z sercem zimnym jak lód, bo szukaliśmy baru Dante. Znaleźliśmy po minucie, bo to nie jest duży plac ani duże miasto. W środku nieco śmierdziało papierosami – Unia Europejska i jej reguły nie dotarły jeszcze najwyraźniej do Pizzo, bo pracownicy kopcili na potęgę.

fontanna bartek kiezun

Obrusy z ceraty w słoneczniki też mnie nieco wybyły z rytmu, ale jak się powiedziało a, to trzeba było zamówić tartufo i tym samym powiedzieć b.

Z miseczką lodów udałem się na zewnątrz, gdzie owiewany wieczorną morską bryzą skosztowałem najsłynniejszego przysmaku z Pizzo. Samo tartufo otacza legenda. Był rok 1952, w Pizzo trwało weselisko. Gości przyszło więcej niż miało i biedy Guiseppe musiał wymyślić sposób na podanie deseru. Miał to zrobić w pucharach, ale tych ostatnich było mniej nic gości. Nie wpadł w panikę, tylko oddał się w opiekę Najświętszej Panience. Chwycił za lody czekoladowe, ułożył na nich nieco płynnej czekolady, przykrył ją lodami, tym razem z orzechów laskowych, całość zawinął w papier i odstawił do schłodzenia, a potem podał ów deser na talerzach, nazywając je tartufo. Tłum gości wiwatował, Giuseppe był szczęśliwy, bo panna młoda i pan młody również byli zachwyceni i od tamtej pory w swojej kawiarni podawał ów deser. Zapotrzebowanie było większe niż jego możliwości, dlatego koledzy zaczęli naśladować Giuseppe i dziś w Pizzo wszyscy karmią turystów lodami.

Podatny na mity pożarłem miskę lodowatych trufli i powiem tylko tyle, że truskawki były lepsze! Dlatego dziś na deser niech będzie truskawkowa panna cotta.

Panna cotta alle fragole

Żelatynę zalewamy mlekiem i podgrzewamy nieustannie mieszając, nie można zagotować płynu, lepiej co jakiś czas zestawić ją z ognia. Kiedy żelatyna się całkowicie rozpuści, odstawiamy ją na bok by przestygła. Do rondla wlewamy śmietanę, dodajemy cukier. Podgrzewamy, na małym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż cukier się rozpuści. Po zagotowaniu odstawiamy na chwilę a potem łączymy z mlekiem z żelatyną. Dokładnie mieszamy.

Tężejącą panna cottę przelewamy do niewielkich szklaneczek wypełniając je do trzech czwartych. Przykrywamy je folią spożywczą i odstawiamy do wystudzenia najlepiej na noc.

Następnego dnia truskawki myjemy i po pokrojeniu na byle jakie kawałki miskujemy z cukrem. Wlewamy na panna cottę i znów nieco chłodzimy. Podajemy ozdobione całą truskawką!


© KUKBUK 2018